No tak, mamy wreszcie ten upragniony mebel. Krzesła też mamy. Kupiliśmy w piątek, w sobotę rano przywieźli i od razu skręciłam jedno krzesło. Więcej nie zdążyłam, bośmy na zakupy jechały. A popołudniu w sobotę Żuru skręcał resztę. Tylko nie mogliśmy przy nim jeść, bo stwierdziłam, że mi zniszczą... A to święty stół jest, nie można go zniszczyć.
(Tu jest miejsce na banały w stylu, że stół to najważniejszy mebel i że ognisko domowe i tak dalej... Sami sobie dopiszcie.)
Ponieważ nie można go zniszczyć, to Żuru musiał najpierw polakierować, a potem ja musiałam kupić podkładki pod talerze i kubki. Wprawdzie najpierw chcieliśmy zostawić folię ochronną, ale nie podobały nam się nadrukowane literki "I", "K", "E" i "A". Dopiero pozwoliłam przy nim usiąść jak był w miarę zabezpieczony - lakierem i podkładkami właśnie. Wczoraj po raz pierwszy w tym mieszkaniu jedliśmy obiad w kulturalnych warunkach...
Zdjęć nie będzie, bo na ścianie za stołem rosną maki, ale tylko trzy. Po naklejeniu okazało się, ze trzy maki to za mało i w ogóle bida z nędzą, więc musimy dokupić. Docelowo ma być pięć z stołem i jeden trochę dalej, za komodą. Zdjęcia zrobimy jak osiągnę cel.
A dziś po śniadaniu Wojtek rysował. Dostał kartkę, dostał kredki... I nie pomogło ani lakierowanie, ani podkładki. Nie, żeby specjalnie rysował po stole - po prostu nie mieścił się na kartce położonej na podkładce. Ma się ten rozmach przy uprawianiu sztuki...
wtorek, 14 maja 2013
piątek, 10 maja 2013
Tygodniowe wyzwanie fotograficzne - maj, dzień piąty. Plus bonus.
Temat na dziś: Szczegół.
W ramach szczegółowego zdjęcia będą włoski miziatego ozdobnika książki:
Fajnie się ją głaszcze. Tę książkę w sensie. Czy fajnie się czyta to jeszcze nie wiem, bo jeszcze nie czytałam.
A teraz bonus - nasza rodzina spod kreski Reli, mojej siostrzenicy. Moim zdaniem rysuje jak Tim Burton :)
Ma dziewczyna talent, co?
W ramach szczegółowego zdjęcia będą włoski miziatego ozdobnika książki:
Fajnie się ją głaszcze. Tę książkę w sensie. Czy fajnie się czyta to jeszcze nie wiem, bo jeszcze nie czytałam.
A teraz bonus - nasza rodzina spod kreski Reli, mojej siostrzenicy. Moim zdaniem rysuje jak Tim Burton :)
![]() |
| Od lewej: Musia, Tate, Wojtuś, Rafał, Rela, Niko, Paulinka, Żuru, ja - Mila, Lusia w chuście. Koty od lewej: Kicia, Judusia na ramieniu Reli, Zojka, Kulka. |
czwartek, 9 maja 2013
Tygodniowe wyzwanie fotograficzne - maj, dzień czwarty.
Temat na dziś: Owoce.
Mój Mąż sugerował mi, żebym zrobiła zdjęcie naszych dzieci jako owocu miłości. No ale za dużo tych dzieci jednak na moim blogu.
Będzie owoc jednak. Normalny. Nie ma co się rozwodzić nad tematem, oto mój ulubiony owoc w maju: jagoda.
Tak, bo ogórek jest jagodą. A w maju to ja bym mogła się odżywiać tylko ziemniakami z mizerią albo kanapkami z serkiem i ogórkiem.
Mój Mąż sugerował mi, żebym zrobiła zdjęcie naszych dzieci jako owocu miłości. No ale za dużo tych dzieci jednak na moim blogu.
Będzie owoc jednak. Normalny. Nie ma co się rozwodzić nad tematem, oto mój ulubiony owoc w maju: jagoda.
Tak, bo ogórek jest jagodą. A w maju to ja bym mogła się odżywiać tylko ziemniakami z mizerią albo kanapkami z serkiem i ogórkiem.
środa, 8 maja 2013
Tygodniowe wyzwanie fotograficzne - maj, dzień trzeci.
Temat na dziś: Maj.
Maj mi się kojarzy - najbardziej - z moją Musią, która zdominowała ten miesiąc świątecznie: ma w maju urodziny, Dzień Matki i imieniny. My, czyli Wojtuś z urodzinami, a ja i Paulinka z imieninami i Dniem Matki do pięt jej nie dorastamy. I do tego nigdy nie chce powiedzieć co by chciała w prezencie. Ale w tym roku udało się nam (znaczy Paulince, jak zwykle) tak wymyślić, że ho ho!
To moja Musia:
Maj mi się kojarzy - najbardziej - z moją Musią, która zdominowała ten miesiąc świątecznie: ma w maju urodziny, Dzień Matki i imieniny. My, czyli Wojtuś z urodzinami, a ja i Paulinka z imieninami i Dniem Matki do pięt jej nie dorastamy. I do tego nigdy nie chce powiedzieć co by chciała w prezencie. Ale w tym roku udało się nam (znaczy Paulince, jak zwykle) tak wymyślić, że ho ho!
To moja Musia:
wtorek, 7 maja 2013
Tygodniowe wyzwanie fotograficzne - maj, dzień drugi.
Temat na dziś: Ulubiony kolor.
No problemu nie miałam. A do tego zawsze chciałam zrobić takie zdjęcie! Okej, trochę mi nie wyszło, bo tło niejednolite, ale to i tak się kolor liczy :P
Przedstawiam mój ulubiony kolor, czyli wszystko czerwone, a do tego na okrągło:
Ciężko było zrobić to zdjęcie, bo stałam na taborecie, a mój kochany synek podkradał mi różne rzeczy. Miała być tu jeszcze piłeczka, ale ukradł. O tak:
Natomiast pomidora (na pierwszym zdjęciu między wazonem, serkiem a dżemem) wrzucił do wazonu:
No problemu nie miałam. A do tego zawsze chciałam zrobić takie zdjęcie! Okej, trochę mi nie wyszło, bo tło niejednolite, ale to i tak się kolor liczy :P
Przedstawiam mój ulubiony kolor, czyli wszystko czerwone, a do tego na okrągło:
Ciężko było zrobić to zdjęcie, bo stałam na taborecie, a mój kochany synek podkradał mi różne rzeczy. Miała być tu jeszcze piłeczka, ale ukradł. O tak:
Natomiast pomidora (na pierwszym zdjęciu między wazonem, serkiem a dżemem) wrzucił do wazonu:
Matka głownie z tego taboretu wołała "Wojtuś oddaj mi te korale! Wojtuś przynieś piłeczkę! Wojtuś nie bierz mi tego! Nie, nie wrzucaj tam!". Ale mu wybaczymy, bo ma bluzeczkę pod kolor...
poniedziałek, 6 maja 2013
Tygodniowe wyzwanie fotograficzne - maj, dzień pierwszy.
Nowy miesiąc mamy, mój ulubiony. A jak nowy miesiąc to i nowe wyzwanie u Uli. Tematy na maj:
Czyli dziś ma być: Twoja fryzura.
Moja fryzura nie jest zbyt wyszukana. Powiem więcej: zazwyczaj na mojej głowie panuje nieład - i to wcale nie artystyczny. Włosy jakiś czas temu obcięłam a la Lucy, ale inne mam kompletnie, więc
wcale jak Lucy nie wyglądałam. A teraz już odrosły, ale w czasie kiedy wyglądałam źle nie miałam kiedy iść do fryzjera, a teraz już znowu wyglądają dobrze. Bo ja tak mam - obcinam, potem nie mam czasu zadbać o taką długość jaka miała być pierwotnie, potem stwierdzam, że zapuszczam, potem mi się nudzi i obcinam - i tak w kółko.
Całej mojej fryzury nie zobaczycie, bo musiałabym wam pokazać moją twarz, a nie chcę. Nie dziś. Więc będzie tylko kawałek. Grzywka.
Uch, namęczyłam się z dodaniem tego zdjęcia. Blogger ze mną nie współpracuje!
sobota, 4 maja 2013
To mnie nie dotyczy!
Przyznaję, że zdarza mi się czytać blogi o których Lucy napisała "typu: dzisiaj były trzy kupy, zjadłam krakersa, żeby mieć pokarm, ale czas się odchudzać, wczoraj wieczorem, zrobiłam (i tutaj lista)".
I zawsze myślałam, że one przesadzają. One - czyli te matki, którym wszyscy robią wbrew. Te, którym wszyscy udzielają super dobrych rad (matki, teściowe, babcie na ulicy) i te, których się czepiają, bo karmią dzieci na widoku. Bo przy Wojtusiu nigdy nie się coś takiego nie zdarzyło. Pomijając opinię mojej teściowej o wsadzaniu dziecka do kojca (trochę popłacze i się przyzwyczai), która zwyczajnie olałam - w życiu mnie nic takiego nie spotkało.
Do przedwczoraj.
Pojechaliśmy po wózek dla Lusi, bo wózek powojtusiowy spotkała przykra niespodzianka. Duże centrum handlowe, sklep z artykułami dziecięcymi, Lusia w chuście, bo wózka brak. Głodna. Wiec ryczy, bo należy do dzieci głośno dopominających się swoich praw i matczynych obowiązków. Wychodzę przed sklep w poszukiwaniu jakiejś ławki, coby ją nakarmić. Ławki nie ma w promieniu kilkudziesięciu metrów, więc siadam na schodach - bo akurat są blisko. I karmię. Wtedy jak strażnik sprawiedliwości pojawia się ONA. Pani-tam-pracująca. Po zmianie, bo w płaszczu. Nie, żadna ochrona - szeregowy pracownik innego sklepu. I mnie napomina, że nie powinnam tu karmić, bo siedzenia na schodach jest niebezpieczne. Ok, prawda - ale tu nie ma gdzie usiąść! Powinnam według niej iść na trzecie piętro (jestem na parterze) i nakarmić dziecko w przewijalni. Nie, nie chodzi o pokój do karmienia - w tamtym centrum handlowym go nie ma. Chodziło o przewijalnię, dokładnie. No szlag mnie trafił. Nie ma różnicy czy myjemy dziecku tyłek z kupy czy dajemy jeść? Czy ona jada w kiblu?
No, nie poszłam. Ba, nawet karmienia nie przerwałam. Ona musiała sobie pójść.
Wracamy do domu. Autobus, dosyć pełny. Ja i Musia siedzimy obok miejsca na wózki, Lusia w wózku, Żuru stoi koło wózka, Wojtuś na moich kolanach. Godziny szczytu, ktoś użył klaksonu. Lusia się wystraszyła i zaczęła płakać. Żuru usiłuje ją zagadać, ale ona płacze dalej. W tym momencie przychodzi Ciocia Dobra Rada, niemalże przechodzi nad Żurem i też zaczyna zagadywać Lusię. W międzyczasie Musia wychodzi z autobusu, bo idzie do Paulinki, nie do nas i płakać zaczyna Wojtuś, bo mu babcia zwiała. Czyli mamy dwoje płaczących dzieci, z tym, że nie jest źle, bo każde dziecko ma jednego rodzica. Na co Ciocia Dobra Rada zaczyna wrzeszczeć (dosłownie), że gdzie jest matka tego dziecka (Lusi), że trzeba ją przytulić (fajnie, tylko jak to zrobić jak jedno z rodziców - to które siedzi - ma na kolanach drugie płaczące dziecko, a drugie stoi w dość pełnym autobusie i zwyczajnie nie jest zbyt bezpiecznie wyciągać z wózka miesięcznego niemowlaka) i zaczyna mi podnosić dziecko. Przytrzymałam. Lusia wystraszona przez ciocię płacze jeszcze bardziej. A potem miałam do wyboru zabić albo wyjść z autobusu. Wyszliśmy. Przy wyjściu dowiedzieliśmy się, ze z tak małym dzieckiem nie powinniśmy w ogóle wychodzić z domu.
Postaliśmy chwilę, poprzytulaliśmy płaczące dzieci, ponieważ było zimno założyliśmy Lusi na głowę rożek białego kocyka ( w resztę była zawinięta), wyglądała jak członek Ku Klux Klanu, stwierdziliśmy, że może się z Ciocią rozprawiać (bo Ciocia murzynka).
Poszliśmy po chleb jeszcze. W sklepie Lusię nakarmiłam i wsadziłam do wózka. Już nie płacze. Ale potem Lusi się przypomniało, że ją Ciocia wystraszyła i znów zaczęła płakać. Wiec wkładam ją z powrotem do chusty, zawsze jak się przytuli to spokojniejsza będzie. Na co pojawi się następna Ciocia Dobra Rada i radzi, żebym poluzowała chustę i karmiła dziecko podczas chodzenia. Nie, dziękuję.
Ja naprawdę myślałam, że te wszystkie młode matki zmyślają. No niestety, mają rację. Mea culpa.
I zawsze myślałam, że one przesadzają. One - czyli te matki, którym wszyscy robią wbrew. Te, którym wszyscy udzielają super dobrych rad (matki, teściowe, babcie na ulicy) i te, których się czepiają, bo karmią dzieci na widoku. Bo przy Wojtusiu nigdy nie się coś takiego nie zdarzyło. Pomijając opinię mojej teściowej o wsadzaniu dziecka do kojca (trochę popłacze i się przyzwyczai), która zwyczajnie olałam - w życiu mnie nic takiego nie spotkało.
Do przedwczoraj.
Pojechaliśmy po wózek dla Lusi, bo wózek powojtusiowy spotkała przykra niespodzianka. Duże centrum handlowe, sklep z artykułami dziecięcymi, Lusia w chuście, bo wózka brak. Głodna. Wiec ryczy, bo należy do dzieci głośno dopominających się swoich praw i matczynych obowiązków. Wychodzę przed sklep w poszukiwaniu jakiejś ławki, coby ją nakarmić. Ławki nie ma w promieniu kilkudziesięciu metrów, więc siadam na schodach - bo akurat są blisko. I karmię. Wtedy jak strażnik sprawiedliwości pojawia się ONA. Pani-tam-pracująca. Po zmianie, bo w płaszczu. Nie, żadna ochrona - szeregowy pracownik innego sklepu. I mnie napomina, że nie powinnam tu karmić, bo siedzenia na schodach jest niebezpieczne. Ok, prawda - ale tu nie ma gdzie usiąść! Powinnam według niej iść na trzecie piętro (jestem na parterze) i nakarmić dziecko w przewijalni. Nie, nie chodzi o pokój do karmienia - w tamtym centrum handlowym go nie ma. Chodziło o przewijalnię, dokładnie. No szlag mnie trafił. Nie ma różnicy czy myjemy dziecku tyłek z kupy czy dajemy jeść? Czy ona jada w kiblu?
No, nie poszłam. Ba, nawet karmienia nie przerwałam. Ona musiała sobie pójść.
Wracamy do domu. Autobus, dosyć pełny. Ja i Musia siedzimy obok miejsca na wózki, Lusia w wózku, Żuru stoi koło wózka, Wojtuś na moich kolanach. Godziny szczytu, ktoś użył klaksonu. Lusia się wystraszyła i zaczęła płakać. Żuru usiłuje ją zagadać, ale ona płacze dalej. W tym momencie przychodzi Ciocia Dobra Rada, niemalże przechodzi nad Żurem i też zaczyna zagadywać Lusię. W międzyczasie Musia wychodzi z autobusu, bo idzie do Paulinki, nie do nas i płakać zaczyna Wojtuś, bo mu babcia zwiała. Czyli mamy dwoje płaczących dzieci, z tym, że nie jest źle, bo każde dziecko ma jednego rodzica. Na co Ciocia Dobra Rada zaczyna wrzeszczeć (dosłownie), że gdzie jest matka tego dziecka (Lusi), że trzeba ją przytulić (fajnie, tylko jak to zrobić jak jedno z rodziców - to które siedzi - ma na kolanach drugie płaczące dziecko, a drugie stoi w dość pełnym autobusie i zwyczajnie nie jest zbyt bezpiecznie wyciągać z wózka miesięcznego niemowlaka) i zaczyna mi podnosić dziecko. Przytrzymałam. Lusia wystraszona przez ciocię płacze jeszcze bardziej. A potem miałam do wyboru zabić albo wyjść z autobusu. Wyszliśmy. Przy wyjściu dowiedzieliśmy się, ze z tak małym dzieckiem nie powinniśmy w ogóle wychodzić z domu.
Postaliśmy chwilę, poprzytulaliśmy płaczące dzieci, ponieważ było zimno założyliśmy Lusi na głowę rożek białego kocyka ( w resztę była zawinięta), wyglądała jak członek Ku Klux Klanu, stwierdziliśmy, że może się z Ciocią rozprawiać (bo Ciocia murzynka).
Poszliśmy po chleb jeszcze. W sklepie Lusię nakarmiłam i wsadziłam do wózka. Już nie płacze. Ale potem Lusi się przypomniało, że ją Ciocia wystraszyła i znów zaczęła płakać. Wiec wkładam ją z powrotem do chusty, zawsze jak się przytuli to spokojniejsza będzie. Na co pojawi się następna Ciocia Dobra Rada i radzi, żebym poluzowała chustę i karmiła dziecko podczas chodzenia. Nie, dziękuję.
Ja naprawdę myślałam, że te wszystkie młode matki zmyślają. No niestety, mają rację. Mea culpa.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
.jpg)