środa, 21 sierpnia 2013

Bardzo głodna gąsienica

Jakiś czas temu kupiłam TO:

I okazało się, że kompletnie nie nadaje się do pokoju dwulatka. Wisi toto za wysoko, dziury ma za małe, nijak nie da się tam pluszaków schować jak się jest takim małym... Ani wyjąć!

Więc poszło leżeć na szafie, a na pluszaki kupiliśmy zielony siatkowy kosz na sprężynie, bardzo fajny. Łatwo się pluszaki do niego wsadza, jeszcze łatwiej wysypuje, a przy odrobinie sprytu to i dwulatek da radę do niego wejść.

Ale TO leżało i nie dawało mi spokoju, bo ja nie lubię rzeczy bez sensu. A ponieważ dostałam od mojej Siostry maszynę do szycia i postanowiłam ją oswoić, to w ramach tego oswajania z TEGO i odrobiny mojej inwencji twórczej powstała bardzo głodna gąsienica:


Zawisła na kaloryferze, który urodą nie grzeszy, a do tego jest z głupiej strony pokoju (bo nie pod oknem) i odwraca od niego uwagę:


Twarz ma gąsienica trochę koślawą, wszak to moje pierwsze kontakty z maszyną, ale dziecko rozpoznało i od razu musiałam książeczkę czytać!

Bardzo głodna gąsienica służy nam - jak sama nazwa wskazuje - do przechowywania pluszowego jedzenia. Sprawdza się - no i jest najedzona!

wtorek, 20 sierpnia 2013

O kochaniu

Żuru: Kocham was.
Mil: My ciebie też.
Wojtuś (grobowym głosem): Nie. Mama.
Mil: Mamę kochasz?
Wojtuś: Tak.

I poszedł spać. No cóż...

środa, 14 sierpnia 2013

wtorek, 13 sierpnia 2013

Czerwony i zielony

Zastanawiam się dlaczego we wnętrzach króluje ostatnio biel... Albo biel i czerń. Albo biel i szarość. Albo biel i biel i jedna rzecz w jakimś kolorze. Być może to kwestia tego, że po latach ciemnoty i przeładowania chcemy wreszcie mieć jasne, duże wnętrza? Tylko to już się robi nudne...

Ja bieli nie lubię. Traktuję ją jako tło dla koloru. Białe mam ściany, których nie mogę przemalować i dodatki, które chcę, żeby zostały neutralne, gdy dany kolor w pokoju mi się znudzi. U mnie króluje czerwony wespół z zielonym.

Czerwony jest moim ulubionym kolorem.

Zielony jest ulubionym kolorem mojego męża.

A prócz tego moimi ulubionymi kwiatami są maki. I lubię truskawki. I pomidory. A moim ulubionym filmem jest Amelia - cała scenografia czerwono-zielona.

Ja raczej takiego mieszkania jak Amelia mieć nie będę, ale mogę mieć czerwono-zielony salon. I dobrze mi z tym. Chyba nie nadążam za modą...



 


To w zasadzie tylko kąt wypoczynkowy - część jadalna i biurowa (ależ to pompatycznie brzmi...) jest jeszcze nie skończona. Bardzo chciałabym zrobić coś co oddzieliłoby ten kąt od mojej skrapowni (ten biały - tak, BIAŁY - bałagan w tle), czyli stanęłoby lub zawisło za kanapą, ale jeszcze nie wymyśliłam co to ma być. Ale oddzielić muszę, bo nie sposób utrzymać tam ładu :)

Zdaję sobie sprawę, że moje mieszkanie wygląda jak żywa reklama IKEi, ale co ja zrobię na to, że oni zawsze mają to czego potrzebuję, a przy tym za rozsądną cenę?

piątek, 9 sierpnia 2013

Pszczółka - moje pierwsze DIY

Pokój mojego Syna ma być zamierzeniu wielką łąką. Przyznaję się otwarcie, że realizuję w ten sposób moje dziecięce marzenia - a przynajmniej część. W latach dziewiędziesiątych nakręcono film pt. "Kochanie, zmniejszyłem dzieciaki" - widzieliście? Dzieci wielkości owadów wędrowały po ogrodzie. Zafascynowało mnie to wtedy. No a potem był jeszcze "Artur i Minimki" - choć dawno już już dorosłam to nadal było to dla mnie fascynujące...

Zaczęło się od zielono-czerwonych kolorów, potem przyszła wielka biedronka-puf, czeka na powieszenie ikeowski liść, no i koncepcja na pokój zrobiła się sama. Ale ponieważ pokój jest stosunkowo wysoki, a ściany są jednolicie białe (uroki wynajmu...) to ostatnio bawiąc się tam z dziećmi zastanawiałam się co zrobić, żeby wydał się przytulniejszy. Bo wiadomo - w pokoju dziecięcym sprzęty skupiają się wokół podłogi, z racji wzrostu użytkownika. Na antresolę dwulatek jest jeszcze za mały, tym bardziej, że ma młodszą siostrę, więc nawet jak on dorośnie to ze względu na nią trzeba będzie jeszcze trochę poczekać. Ale mamy to w zamierzeniu, jak dzieci urosną i przy jakimś większym przypływie gotówki.

Tak czy owak - myślałam. I nie wymyśliłam, jeszcze. Za to wymyśliłam, żeby okrągły papierowy klosz przerobić na pszczółkę. W końcu pszczoła jak najbardziej pasuje do koncepcji.

Zrobiłam dokumentację fotograficzną i tak powstało pierwszy w moim życiu tutorial, jakby ktoś jeszcze miał na pszczołę ochotę. Ponieważ znaczną większość robiłam wieczorem (tak to jest jak ma się małe dzieci), zdjęcia są trochę ciemne...


Potrzebować będziemy (na zdjęciu jest tylko część...):
- papierowego klosza,
- farb: żółtej, czarnej, białej i czerwonej (ja użyłam akrylowych),
- taśmy papierowej czarnej,
- niebieskiego i czarnego papieru (u mnie to papier skrapowy, ale zwykły brystol też się nada),
- tektury,
- mocnej nici (u mnie mulina)
- nożyczek, kleju (najlepiej wikolowy), ołówka, pędzelka.


Najpierw malujemy cały klosz na żółto. Możemy też sobie ułatwić kupując żółty klosz, ale pomalować się da :) Jak malowaliśmy to zostawiamy do wyschnięcia - ja powiesiłam na sznurku, na ogródku.

Jak wyschnie zabieramy się za oklejanie taśmą. Robimy z niej w miarę równe prążki. (Przy użyciu taśmy prążki będą cieniutkie, jeśli potrzebujemy grubszych to lepiej namalować je farbą.) Najlepiej zacząć od środka, od najdłuższego paska, a potem kierować się na boki. Na klosz wielkości troszkę mniejszej niż ikeowski zużyłam całą rolkę taśmy.


Tył pszczółki oklejamy do końca:


Z przodu zostawiamy miejsce na buzię:


Kiedy korpus pszczółki jest już gotowy (albo w międzyczasie, na przykład jak farba schnie) szykujemy skrzydełka. Niebieski papier składamy na pół:


Rysujemy schematyczny skrzydła (moje były rysowane kilkakrotnie zanim wyszły odpowiednie). Pamiętać trzeba, żeby zostawić około półtoracentymetrowy pasek na przyklejenie skrzydełek do pszczółki:


Wycinamy:


Przecinamy na pół:


Zaginamy pozostawiony pasek:


Naklejamy skrzydełka na tekturę - zagięty pasek zostaje nieprzyklejony!


Wycinamy drugi raz, tym razem z tekturą. i znów zostawiamy pasek do przyklejenia, który zginamy w drugą stronę:


No i przyklejamy pierwsze skrzydełko do korpusu pszczółki, mniej więcej za 2/3 wysokości, w połowie między buzią a odwłokiem. Kolorowym do dołu - wszak ma wisieć pod sufitem! Trzymamy, aż nie wyschnie. To trochę trwa, można se poczytać w ramach czekania...


 Jak już wyschnie to z każdej strony skrzydełka robimy dziurki:


I przeciągamy nitkę przez jedną dziurkę, wiążemy, zaczepiany o drut na górze, przeciągamy przez drugą dziurkę, ustawiamy kąt pod jakim ma wisieć skrzydełko i wiążemy z drugiej strony:


Ja jeszcze zabezpieczyłam miejsce wiązania klejem. Wikol po wyschnięciu robi się przezroczysty, więc nie będzie widać:


Analogicznie postępujemy z drugim skrzydełkiem. A potem pszczółka sobie schnie, a my robimy żądło. Z czarnego papieru (u mnie brązowy, czarnego brakło...) wycinamy trójkąt:


Zwijamy go w szpic i sklejamy:


Szerszą końcówkę rozcinamy i rozginamy w słoneczko. Potem smarujemy klejem - od strony szpica: 


I wciskamy pszczółce... No w dupkę. Od środka. W dziurę zrobioną na przykład ołówkiem.


 Teraz zostało już tylko namalowanie oczu i buzi:


I pszczółka może zawisnąć pod sufitem:



A dziecko jak rano wstanie to będzie wam cztery razy pokazywać "wzz", żebyście na pewno zauważyli!

piątek, 2 sierpnia 2013

Dawno, dawno temu...

Na wspomnienia mnie wzięło. Ponieważ w tym roku SLOT odbył się również bez mojego udziału, a fejsbuka zasypują mi zdjęcia z tegoż, postanowiłam pooglądać sobie zdjęcia ze slotów na których byłam. Ale ponieważ nasz stary komputer trafił szlag, musiałam się zadowolić zdjęciami z internetu.

Niestety, slotowa strona nie ma archiwum :( Albo ja, głupia, nie potrafię znaleźć.

Zdjęć z SaF 2004 (chyba?) nie znalazłam, za stare.

Zdjeć z 2009, kiedy byliśmy tam z Żurem razem, jeszcze przed ślubem, obejrzałam tysiąc. Dosłownie tysiąc, to nie jest przenośnia. Na żadnym nas nie ma. Zaczynam podejrzewać, że wcale tam nie pojechaliśmy!

Z 2008 roku obejrzałam porównywalną ilość zdjęć. Znalazłam się na jednym. No - przynajmniej na tym slocie byłam...

Oto ja - młoda, piękna, szczupła. Na warsztatach lalkarskich:


czwartek, 1 sierpnia 2013

Postanowienia nie-noworoczne i apel

Ogólnie z postanowieniami noworocznymi u mnie jest tak, że ich nie ma. Nie robię postanowień, bo nie chce mi się ich na siłę wymyślać na niwy rok. A jak już coś wymyślę  to nijak się to ma czasowo do Nowego Roku.

Dlatego postanowienia nie-noworoczne.

Plan jest taki, żeby w urodziny wyglądać dobrze. Samo zrobi się tyle, że akurat do tego czasu włosy urosną mi do mojej ulubionej długości. Ja muszę zrobić za to coś, żeby schudnąć - najlepiej do wagi sprzed obu ciąż. Jak na razie jestem na diecie miesiąc i schudłam 4,5 kg. Dało mi to wagę przedlusiową. Do wagi przedwojtusiowej jeszcze trochę mi zostało, ale obiecujące jest to, że tyłek mieści mi się w spodnie z czasów liceum :P Jest nadzieja, zważywszy na to, że właśnie tyłek mam największy :)

Do tego dochodzi jeszcze domowe spa, w postaci m.in. olejowania włosów i szczotkowania ciała na sucho. Oprzyrządowanie mam już dawno, ale jakoś kiepsko u mnie z regularnością. No i to jest to postanowienie - regularnie używać!

Zobaczymy co mi z tego wyjdzie i czy faktycznie będę w urodziny (26 października) wyglądać dobrze - w swoim mniemaniu.

Jak na razie kupiłam sobie pierwsza w życiu torebkę dla kobiety, a nie dla punka - to też jakaś zmiana.

A dziś jest Dzień Karmienia Piersią. Ja karmię. Również publicznie. A wczoraj przeczytałam to i podpisuję sie pod tym rekami i nogami. Stąd apel do matek karmiących:

Karmcie sobie gdzie chcecie, ale róbcie to ze smakiem. Proszę. Zróbcie to dla siebie - jeśli chcecie, żeby inni traktowali was jak kobiety a nie jak dojne krowy to się odpowiednio zachowujcie. I nie jest argumentem, że jak nastolatki chodzą w przezroczystych bluzeczkach bez stanika to jest dobrze, a już matka karmiąca to źle. Jak taka w przezroczystej bluzeczce lubi być traktowana jak obiekt seksualny to niech tak chodzi. A jak tego nie chce to tak chodzić nie będzie. I analogicznie jest z karmiącymi - można karmić - nawet publicznie - dyskretnie, a można... No, powiedzmy, niedyskretnie, bo już nie będę bardziej dosłowna.