środa, 9 marca 2016

Wyspy kuchenne

Kiedy po raz pierwszy wybierasz się na Wyspy twoja rodzina zamartwia się, co ty tam będziesz jeść? Bo tam ani kiełbasy porządnej, chleb tylko tostowy i w ogóle wszystko jakieś takie. Udają się więc całą gromadą - albo każdy osobno - do zaprzyjaźnionego mięsnego po najlepsze, a przy tym najtrwalsze, rarytasy, pakują próżniowo i upychają w bagażu, na który przecież w autobusie nie ma ograniczeń i w ogóle nie przejmują się tym, jak ty tę torbę wypchaną wędlinami zatargasz z Victorii do trzeciej, czwartej, piątej strefy, w której akurat znajomi, co się zgodzili przezimować Cię przez pierwszy miesiąc na kanapie, mieszkają.

Źródło
No ale jakoś dociągasz. Zbierasz w sobie wszystkie siły, które jeszcze pozostały po kilkudziesięciogodzinnej jeździe autobusem i dajesz radę. Przyjeżdżasz na to Streatham, Croydon, Walthamstow czy Wood Green, wychodzisz zwiedzać okolicę i zachłystujesz się tym wszystkim co okolica proponuje ci do zjedzenia. Począwszy od frytek z kurczakiem na każdym rogu, przez suszarnie, chińczyki z prawdziwymi Chińczykami za ladą, pizzerie prowadzone przez Włochów, restauracje hinduskie i marokańskie, jamajskie budki z jedzeniem na wynos i kebaby, aż do typowych angielskich pubów, oferujących tradycyjne potrawy, ale znaczy piwo, lecz nie waż się mówić o nim beer i oglądanie sportu. Potem idziesz do najbliższego supermarketu i okazuje się, że to wszystko możesz zrobić sobie w domu, przy minimalnym nakładzie pracy, kupując półprodukty, których cena początkowo Cię poraża, ale nie martw się, za chwilę nauczysz się, że nie należy przeliczać.

Początkowo tęsknisz. Być może za chlebem, może za kiełbasą albo za kiszonymi ogórkami. Ale już wkrótce odkrywasz sklep polski kilka ulic dalej i robisz sobie pierwszego schabowego w swojej londyńskiej kuchni, bo wreszcie udało ci się kupić bułkę tartą, której w "normalnym sklepie" nie uświadczysz. Radzę zaopatrzyć się też w mąkę ziemniaczaną, bo o tym czy kupisz ją akurat w tym supermarkecie obok domu lub pracy decyduje loteria - czasem jest, czasem nie ma. W końcu masz ustaloną z góry listę, która nieznacznie tylko się zmienia: w sklepie polskim kupujesz kabanosy, bułkę tarta, mąkę ziemniaczaną, powidła śliwkowe, wafelki i sok warzywny. Z czasem lista się zmniejsza, bo poszerzają dział z polskim jedzeniem w Tesco.

Do angielskiego chleba przywykasz. To coś zupełnie innego niż ten w Polsce, ale uczysz się doceniać, że masz na codzień to co kiedyś miałeś od święta. Bo tu chleb wbrew pozorom nie tylko tostowy, który smakuje jak gąbka. Jest też wypiekany w przysklepowych piekarniach, który smak ma zbliżony do bułki. Tylko takiej piekarni z prawdziwego zdarzenia nie uświadczysz. Najwyżej, jeśli w okolicy odbywa się cotygodniowy targ, wypatruj tam chłopaków z Sosnowca, co mają piekarnię i chleb po okolicy rozwożą.

Potem, już po etapie zachwytu ogólnoświatowym jedzeniem zaczynasz doceniać jedzenie angielskie. Przecież ryba z frytkami, polana sokiem z cytryny to samo dobro! Robisz swój pierwszy placek pasterski. Próbujesz - początkowo z marnym skutkiem - upiec pierwszego ziemniaka. Odkrywasz pyszne yorkshire puddings, które tradycyjnie podaje się z jagnięcą pieczenią w miętowym sosie lub ze stekami, ale tobie najbardziej pasują do kurczaka w indyjskim sobie korma. Zaczyna ci się podobać, że nie trzeba zjadać dziesięciocentymetrowego ciasta drożdżowego, żeby zasłużyć na kruszonkę, bo można ją zjeść upieczoną na warstwie owoców, a do tego wszystkiego całość jest gorąca i polana cudownym wynalazkiem ludzkości czyli ciepłym custardem. Zajadasz szkockie jajka, herbatniki i scones, ale z pewnymi aspektami szkockiej kuchni jednak nie chcesz obcować. Zaczynasz używać świeżego lub mrożonego groszku, powoli zapominając o istnieniu tego z puszki... No chyba, że robisz sałatkę jarzynową na święta, wtedy groszek z puszki jest obowiązkowy. A jak już jesteśmy przy świętach to zapewne w końcu obok sernika postawisz mince pies. I nawet powoli, powoli zaczynasz dostrzegać walory tradycyjnego angielskiego śniadania, które kiedyś uważałeś za obrzydliwe. Być może nie zjadłbyś go w całości, ale na przykład ta fasolka jest niczego sobie...

W pewnym momencie odrywasz, że twój jadłospis zupełnie się zmienił i każdego dnia tygodnia jesteś talerzem w innym kraju. Za to pory posiłków dostosowujesz do szerokości geograficznej - nie jesz już obiadu o 14, jak u mamy, tylko lunch między 12 a 13, a ciepłą obiadokolację o 18.

Czy tęsknisz? Jak zatęsknisz to zrobisz sobie bigos. Mięso i przecież pomidorowy kupisz przecież wszędzie, po kiełbasę i kiszoną kapustę wyskoczysz do polskiego sklepu. Znajdziesz tam też suszone grzybki, jeśli ma być na bogato. Suszone śliwki? Żaden problem. Tylko jak pójdziesz po białą kapustę to musisz kupić dwie główki, bo tutaj ta główka to raczej pięść, a nie głowa, jak w Polsce. Ale to już sam sobie odpowiedz dlaczego.




niedziela, 6 marca 2016

Lotniskowiec na podwyższeniu

To nie jest tak, że blog mi się znudził i że porzuciłam blogowanie. Tylko ja ostatnio naprawdę nie mam czasu. Nie mam czasu na życie wirtualne, bo bardzo żyję w realu. Wszystkie szkoły i przedszkola; mój Mąż w zasadzie dwa dni w tygodniu zupełnie nieobecny, bo w nocy w pracy, w dzień w szkole, śpi mimochodem; goście, goście i wzmożone siły twórcze robią swoje. Siły twórcze wzmożone dlatego, że zaczęłam wreszcie malować moje lalki (kiedyś wam pokażę... Jak im zrobię zdjęcia i będę mieć czas je obrobić :D), w końcu zdecydowałam się podnieść artżurnalową rękawicę - i mi się spodobało, a także dlatego, że usilnie dostosowuję nasze mieszkanie do potrzeb. Potrzeby te niekoniecznie są potrzebami mojego Męża (bo On raczej zmian nie lubi, jego potrzebą jest święty spokój), ale już moimi i dzieci owszem.

Ostatnią naszą potrzebą było przerobienie sypialni. Głównie dlatego, że z powodu a) klimatu panującego w Wielkiej Brytanii, b) częściowego zastawienia kaloryfera i c) braku przewiewu przy ścianie szczytowej budynku, na tejże ścianie w sypialni urósł nam dorodny grzyb. No i trzeba było coś wymyślić, szczególnie, że akurat pod tą ścianą stało łóżko, w którym zdarza się, że sypiają dzieci.

Pierwszym pomysłem (oczywiście po wyczyszczeniu i ściany...) była przeprowadzka, ale ponieważ w tym kraju grzyb jest zawsze w mniejszym lub większym stopniu, a w tym akurat mieszkaniu mamy a) niski czynsz, b) fajnego właściciela, c) niezły metraż i świetny rozkład, d) nową kuchenkę i piekarnik, a także e) obiecany remont łazienki, to na przeprowadzkę brakło chęci i motywacji, nie mówiąc już o kasie, której od początku nie było :) Pozostało nam więc przestawić meble tak, żeby odblokować kaloryfer i narażoną na wilgoć ścianę.

Łatwiej powiedzieć niż zrobić, bo sypialnia to nasz najmniejszy pokój (wcześniej mogliście ją zobaczyć w roli mini-salonu i pokoju dziecięcego, również mini), ma 2,40 m na 3,50 m, kaloryfer jest na środku ściany, okno na środku drugiej ściany, na trzeciej ścianie jest wnęka o wymiarach 98 cm na 30 cm, a drzwi ( na tej samej ścianie co kaloryfer) otwierają się na jedyną całą ścianę w pokoju. Do tego jeszcze nasze łóżko ma rozmiar lotniskowca, czyli 1,80 m na 2 m i nie jest jedynym meblem, który ma w sypialni stanąć, bo musi się jeszcze zmieścić conajmniej jedno biurko.

Nie da się? Jasne, że się da! Powiem więcej, zrobiliśmy to tak, że prócz lotniskowca i miejsca na dwa (!) biurka, mamy jeszcze dużo miejsca na przechowywanie i miejsce do zabawy dla dzieci. A jak? A tak:


Zbudowaliśmy sobie łóżko na podwyższeniu! Na razie będzie tylko łóżko, bo w miejscu na biurka jest jeszcze remontowo. Ale, ale - chcecie wiedzieć jak to jest zrobione?

Wszystko w oparciu o sosnowe meble z IKEi, kupowane w czasie pierwszego meblowania naszego pierwszego mieszkania. W ciągu tych paru lat sosnowość nam (no dobra, mnie...) się znudziła więc:

  • komody RAST to podpora zewnętrzna łóżka. Służą nam dalej do przechowywania ubrań, są w tym całkiem niezłe. Trzy na długość i dwie na szerokość. Na roku jest między nimi przerwa, dla lepszej wentylacji, ale nie tylko;
  • stół INGO, który poszedł w odstawkę po tym jak znalazłam na ulicy nowy, cudownie piękny stół na kutych nogach, przydał się jako podstawa przeciwległego kąta;
  • deski składowe regałów ALBERT zostały skręcone w kratki, które podtrzymują nam materac pomiędzy stołem a komodami.
Do tego kilka dodatkowych desek (na klapę zakrywającą właz, na róg pomiędzy komodami i na barierkę), kilka garści wkrętów i parę sztuk innego żelastwa i oto stoi - łóżko na podwyższeniu, z miejscem do przechowywania - nie tylko rzeczy codziennego użytku (komody) ale też rzadziej używanych typu dodatkowe kołdry czy pokrowce na gitary. No i jeszcze - całkiem niechcący - udało nam się zrobić świetną kryjówkę dla dzieci:




Dzieci spokojnie wchodzą przez dziurę w roku między komodami, a w środku mają trochę poduszek i lampkę. Uwielbiają się tam bawić :)

Drzwi oczywiście się do końca nie otwierają, ale szczęśliwie nie jestem jeszcze taka gruba, żeby się nie zmieścić. Zresztą, nigdy nie otwierały się do końca, zawsze coś za nimi stało, w końcu jest tam jedyna ściana w tym pokoju bez żadnych niespodzianek.




Do łóżka wchodzimy po schodkach - przynajmniej ci mniejsi. A schodki świetnie mieszczą się w przerwie między komodami:


No i jeszcze o stylu panującym w naszej sypialni... Jak widać celuję w boho, ale nie jest to, jak mogłoby się wydawać podążanie za modą - to już raczej moda podąża za mną ;P. Ja miałam boho, jak wszędzie indziej panował jeszcze klimat skandynawski! Aczkolwiek łapacz snów, który wisi nad łóżkiem to pierwszy w mojej karierze. Bo co się będę rozdrabniać, celuję od razu w wielki format :) Tyle, że jeszcze jest nieskończony, bo wyplatałam go wczoraj i skończyły mi się wstążki.




sobota, 6 lutego 2016

Usypianie w trzech aktach II

Akt I
Wojtek kumka.
Mil: Wojtek przestań.
Wojtek: Ale jestem żabą.
Mil: Jak jesteś żabą to zaraz pójdziesz spać do stawu.
Wojtek: Ale tu nie ma stawu.
Mil: To do kałuży.
Wojtek: Jasne! Może mnie wyrzuć na ulicę, żeby mnie auto przejechało!

Akt II
Wieczorem dzieci oglądały Minionki.
Wojtek: teraz chcę o Gru!
Mil: teraz to idziemy spać, o Gru będzie jutro.
Wojtek: Ja chcę o Gru... Dek! Taki z warzywami!
Mil: Wojtek, ale ja nie umiem uprawiać warzyw...
Wojtek: To pójdziemy na farmę i rolnik nam powie. Ja będę wsadzać nasiona, a Lusia będzie podlewać...

Akt III
Wojtek bawi się nową żabą...
Mil: Czy ta żaba mogła by już przestać kumkać? Połóż ją już spać, jest noc!
Wojtek: Mamusiu, nie wiesz, że żaby to zwierzęta nocne?

niedziela, 17 stycznia 2016

Usypianie w trzech aktach

Akt I

Lusia się modli: Panie Bogu, dziękuję za naszą rodzinę (tu wymienianie), wszyscy naraz! Amen! Aloha!

Akt II

Lusia gada zamiast spać.
Mil: Lusia, ja idę spać, zasnę pierwsza.
Lusia: Nie! Ja będę pierwsza!
Chwila ciszy...
Lusia (mamrocząc przez prawie zamknięte usta): Ja już śpije... Byłam pierwsza.

Akt III

Lusia chyba zasnęła. Próbuję się podnieść...
Lusia: Gdzie idziesz?
Mil: Nigdzie, nigdzie, śpij córeczko.
Lusia: Ale tak robiłaś!
Mil: Poprawiałam się tylko, śpij, śpij.
Lusia: Aha! Poprawiałaś się mamusiu. Możesz się poprawiać!

_________________________

Strasznie mi ciężko wrócić do regularnego blogowania po tej świątecznej przerwie... A tu jutro Blue Monday, czyli najsmutniejszy dzień w roku, to zróbcie se kluski, żebyście się nie smutali:



środa, 23 grudnia 2015

Białe święta

Komu się marzą? Takie jak z obrazka, z sypiącym za oknem śniegiem, najlepiej przy trzaskającym kominku?

Niestety, tyle szczęścia będą mieli tylko tacy co spędzają je w górach. Albo w Skandynawii. A większa część społeczeństwa, szczególnie ci, którzy mieszkają w dużych miastach, śniegu w święta nie zobaczą. Na przykład w takim Londynie zima trwa średnio dwa dni w roku. W tym roku śnieg już był. Raz padał. Ale stopniał zanim dotarł do ziemi. Miała być podobno zima stulecia, a my mamy 15 stopni na plusie...

Ale nic straconego. Czy wasze dzieci domagają się śniegu? To zapraszam na:


Opcje na namiastkę białych świąt wymyśliłam cztery.

1. Narysuj sobie śnieg.
Biała farba zawsze w modzie. A jak byłam dzieckiem to w przedszkolu malowaliśmy obrazki pastą do zębów. Śmiesznie było :) My w tym roku robiliśmy bałwanki przy pomocy stempli z ziemniaków. I choinki, które potem ubieraliśmy w wycięte z papieru bombki i gwiazdki. Obrazki powędrują do dziadków w ramach prezentu gwiazdkowego od dzieci.

2. Papierowy śnieg
Weź rolkę papieru toaletowego i wręcz ją swoim dzieciom. Masz ich z głowy na godzinę, Zapewniam cię, że zabaw w papierowym śniegu nie będzie im dość. Do tego dochodzi jeszcze element czegoś zakazanego, bo przecież normalnie nie wolno drzeć i rozrzucać papieru toaletowego, więc będzie to jeszcze bardziej emocjonujące. A sprzątanie wcale nie jest tak przerażające jak mogłoby się wydawać - śnieg wystarczy zamieść.

3. Śniegowa kąpiel
Musicie zrobić naprawdę dużo, dużo piany w wannie. Ale tak naprawdę dużo. Z takiej piany można potem spokojnie zbudować bałwana! A chcecie żeby śnieg padał z góry? Weźcie takie mieszadło z kuchni, takie jakim robi się ciasto na naleśniki. Nabieramy piany i dmuchamy - pięknie pada!

4. Sztuczne śnieżki


Bo śnieg to też bitwy na śnieżki! My swoje kupiliśmy w Tigerze, kosztowały niewiele. I niezaprzeczalnie są hitem tegorocznej bezśnieżnej zimy. Zrobione są z czegoś tak przypominającego śnieg - tylko ciepły - że razem z Żurem, przed rzuceniem, odruchowa je ugniatamy tak jak ugniata się prawdziwe śnieżki. Jak macie Tigera gdzieś w pobliżu to polecam :)


Tymczasem życzę wam dobrych świąt spędzanych razem z solenizantem. I specjalnie dla Was moja ulubiona kolęda:






poniedziałek, 7 grudnia 2015

Przedsennie i grudniowo

I
Lusia modli się przed snem: Panie Boże, dziękuję, ze umiem śpiewać. Dotowe.

II
Z wyliczenia wypadło, że Wojtka kładzie mama, a Lusię tata. Lusia rozpacza.
Lusia: Maaamaaaaa! Maaaaamaaa! Maaamaaa!
Żuru: Co "mama"?
Lusia: Ona ma na imię Myla!

Grudzień w pełni, cały czas mi zajmuje. Bo to i święta - więc prezenty kompletujemy, a przedwczoraj listy do Mikołaja pisaliśmy (zostawiliśmy na oknie, zabrał je elf listonosz. W zamian zostawił czekoladowe Mikołaje), i adwent - więc codziennie szyję zabawki na naszą gałąź (mamy już Ziemię, jabłko, tęczę, gwiazdy, baranka, drabinę i kolorowy płaszcz, który tyle co skończyłam, a jutro pora na płonący krzew, który nie jest jeszcze uszyty...), i przedstawienie w kościele - więc dzieci ćwiczę i kolędy uczę, i koniec semestru w mojej szkole (w środę mam egzamin...). Zajęta jestem niezmiernie, więc wybaczcie mi brak regularnych wpisów na blogu - staram się jak mogę.

Za to maż kupił mi odkurzacz (hahahaha) i mogę być jak Freddie Mercury!


tylko pamiętajcie, że
Tekst lub teledysk może zawierać wulgaryzmy bądź treści erotyczne i jest przeznaczony tylko dla osób pełnoletnich. Masz ukończone 18 lat?

wtorek, 1 grudnia 2015

U mnie już trochę święta...

Mamy taka rodzinną tradycję (zgapioną od mojej Siostry, powiedzmy sobie szczerze...), że co roku kupujemy po bombce dla każdego członka rodziny. W tym roku, całkiem przypadkiem, odkryliśmy nowy świąteczny sklep (dla ludzi z Londynu i okolic - świąteczny Paperchase, zaraz obok zwykłego, na Victorii) i bombkowe zakupy już za nami. Każdy coś sobie wybrał.

Lusia wybrała filcową świnkę.
Wojtek bombkę wybuchową - przezroczystą, z komiksowym napisem BOOM! w środku. Ta niestety wybuchła w drodze do domu, bo matka myślała, że jest plastikowa (a nie była) i pozwoliła się nią bawić w pociągu... Musimy mu kupić drugą, bo to w sumie nie jego wina - ja pozwoliłam się bawić, a stłukła Lusia.
Żuru kupił sobie bombkę czarną, która już zawisła:




Jest pierwszą ozdobą naszej przedpokojowej gałęzi i doskonale się prezentuje. Przy okazji - w przedpokoju znalazły też miejsce moje cudowne, znaleźne latarnie i bardzo dobrze się tam czują.

Ja natomiast kupiłam sobie bombek... sto.

No cóż, nie ma sprawiedliwości.

Ale nie były w sumie dużo droższe niż kupione przez nas bombki pojedyncze. A biorąc pod uwagę, że są szklane to cenę miały całkiem dobrą. Co jeszcze mogę o nich powiedzieć? Każda ma jakieś 2 cm średnicy i są we wszystkich kolorach tęczy!

Są cudowne. Przypominają mi czasy mojego dzieciństwa, kiedy kupowaliśmy takie maleńkie bombki na sztuki w sklepie papierniczym obok kościoła. Stały one poukładane w pojemnikach na ladzie - maleństwa we wszystkich kolorach jakie tylko można było sobie wymyślić.

Ponieważ nasz salon przeszedł ostatnio ogromną metamorfozę (której jeszcze nie widzieliście, bo jakoś nie mogę zdjęć zrobić - zawsze albo za ciemno, albo mi się nie chce sprzątać...) i teraz wiodącym kolorem jest tam... koło kolorów, to poukładałam bombeczki kolorystycznie, nawlekłam na sznurek i powiesiłam na kominie.




Niżej, na gzymsie kominka znalazło się miejsce dla 24 kolorowych domków - naszego kalendarza adwentowego.



A pomiędzy wisi gałąź - nasze drzewko Jessego. Więcej o nim możecie przeczytać TU.



Całość prezentuje się - według mnie - bardzo zadowalająco.


Życzę Wam dobrego adwentu :)