wtorek, 27 stycznia 2015

Rozmownie

I.
Tydzień temu odwiedzili nas Ewelina i Artur. I tego samego dnia odbieraliśmy ze szkoły Nika, bo jego rodzice pojechali po paszporty.

Niko: Jakie pyszne są te ciasteczka! Wojtuś, to są twoje czy Artura?
Wojtuś: Yyyy... Sklepu?

Lusia klęczy w progu kuchni i płacze, bo nie pozwoliłam jej zostać w kuchni samej. Przybiega do nas Artur.
Artur(do mnie, tonem bardzo zasadniczym): Co jej zrobiłaś?
Mil: Nie pozwoliłam jej zostać samej w kuchni...
Artur: Acha. Lusia, nie płacz, chodź się z nami bawić...

II.
U sąsiadów remont. Maszyna chodzi.
Wojtuś: Tatusiu, to piła czy wiertarka?
Żuru: Raczej szlifierka. Umiesz powiedzieć "szlifierka"?
Wojtuś (znudzony): Siwierka... Umiem. Nauczyłem się. Umiem się nauczyć.

III.
Mil: Wojtuś, jak było w przedszkolu?
Wojtuś: Smutno.
Mil: A czemu smutno? Tęsnikłeś?
Wojtuś: Nie. Tylko Evan mnie popchnął.
Mil: A Ty co zrobiłeś?
Wojtuś: Też go popchnąłem. A potem pani mnie posadziła na fotelu.
Mil: Za karę? A Evana też posadziła na fotelu?
Wojtuś: Nie, Evana nie.
Mil: A czemu tylko ciebie posadziła za karę, skoro on ciebie też popchnął?
Wojtuś: Jego nie posadziła na fotelu, tylko na czerwonym krzesełku.

piątek, 23 stycznia 2015

Akcja: Organizacja! I trudny moment w jednym

U Uli tematem na dziś jest trudny moment. Ja aż taką ekshibicjonistką nie jestem, żeby o swoich trudnych momentach pisać na blogu, do którego wgląd ma znaczna część moich znajomych, ale postanowiłam wykorzystać trochę ten temat, żeby napisać kolejną notkę z cyklu Akcja: Organizacja!

Bo organizacja ma czasem trudne momenty. I niewątpliwie do takich trudnych momentów należy zapanowanie nad finansami, kiedy na przykład w czasie ostatnich dwóch lat przeprowadzaliście się trzy razy i dorobiliście się nowego całkiem dziecka... Może być - i czasem bywa - ciężko to ogarnąć.

Moja Musia ma system. W dzień wypłatowy, po zapłaceniu bieżących rachunków, wyciąga z konta kwotę przeznaczoną na jedzenie na dany miesiąc, a następnie dzieli to na poszczególne dni i odliczoną kwotę wkłada do ponumerowanych kopert. Dzięki temu potrafi zapanować nad finansami w każdej sytuacji, nawet w najtrudniejszym momencie.

Ja długo nie mogłam zebrać się za to. Ale przy moim ostatnim pędzie do zorganizowania sobie życia postanowiłam jednak wypróbować taki system. Tylko podrasowałam go do własnych potrzeb.

Oto mój domowy bank:


Ponieważ wolę tryb tygodniowy niż miesięczny, a kasa przychodzi do nas nie co miesiąc, a co cztery tygodnie, podzieliłam moje pudełko na pięć części:

  • Bieżący tydzień - podzielony na kolejne dni,
  • Jedzenie - podzielone na tydzień drugi, trzeci i czwarty (pierwszy w dniu rozkładania pieniędzy to ten bieżący)
  • Bilet tygodniowy mojego męża - też z podziałem na trzy kolejne tygodnie,
  • Pieniądze na bilety na niedzielę - tak samo, trzy niedziele,
  • i przedszkole.
Zrobiłam sobie praktyczne przedgródki i koperty:



Co dalej? Wystarczy w dzień wypłatowy wyjmować odpowiednią ilość pieniędzy z konta i rozkładać według potrzeb. Ja na przykład od poniedziałku do soboty mam stałą kwotę przeznaczoną na bieżące zakupy, do poniedziałku dokładam też pieniądze na bilet mojego męża, a do niedzieli - pieniądze na niedzielne bilety. Do sklepu chodzę codziennie i mniej więcej wiem ile wydaję - jeśli zaś kwota okaże się za duża, nadwyżkowe monety trafiają do funduszu przyjemnościowego :)

Oczywiście podział pudełka jest dostosowany do moich potrzeb. Inaczej zapewne rozplanuje pieniądze na jedzenie ktoś, kto raz w tygodniu robi duże zakupy, a w kolejne dni dokupuje tylko chleb lub świeże warzywa. Robiąc coś takiego trzeba najpierw usiąść z kartką i długopisem i poważnie zastanowić się na co i ile wydajemy. A potem nad tym zapanować!


czwartek, 22 stycznia 2015

Utalentowana

No nie ukrywajmy - jestem utalentowana. Głównie manualnie, ale na innych płaszczyznach też by się coś znalazło... A o talentach kazała dziś pisać Ula. Nawet kazała zdjęcia robić!

Zatem, na początek zdjęcia - zagadka:


I teraz wszyscy się zastanawiają dlaczego pokazuję, w ramach mojego, talentu stolik i zamknięte drzwi...

Może najpierw trochę historii tego miejsca i stolika na pierwszym planie.

Nasze mieszkanie jest dość dziwne. Ma spory przedpokój, ale podzielony. Przy drzwiach jest podest i schody, potem duża przestrzeń (jakieś dwa na trzy metry), a potem dwa malutkie przedsionki: jeden prowadzi do kuchni i największego pokoju (w którym mieszkają dzieci), a drugi - to właśnie ten na zdjęciu - do łazienki i salonu.

Kiedy przeprowadziliśmy się tutaj, w tym przedsionku wisiał wieszak na ścianie, a pod nim stało wiadro z mopem i miotła, które zostały po poprzednich lokatorach. Wydawałoby się, że nic innego raczej w tak małej przestrzeni (65cm x 1m, jedna ściana - ta krótsza) nie da się zrobić, więc zostało jak było, tylko mopa i miotłę wymieniłam na własne.

Potem postawiłam niską komodę.

Potem zdjęłam wieszak i kazałam powiesić przy drzwiach, obok schodów. Przedpokój w sensie przedpokojowym ograniczyłam do przestrzeni 70x70 cm między drzwiami a schodami.

Potem zamieniłam komodę niską na wysoką.

Teraz wysoką komodę wystawiłam a w tym przedsionku urządzamy przedpokój dziecięcy - będzie półeczka na małe buty, ławka już prawie jest (trzeba po niej dokręcić tę półeczkę), powiesimy wieszaki w kształcie zwierzątek i koszyczek na czapki i szaliki. Będzie tam wygodne miejsce do ubierania dzieci przed wyjściem z domu.

Sama ławka też nie jest ławką - to skrócony stolik pod telewizor Lack :)

W największej części przedpokoju mamy pełnowymiarową jadalnię - wprawdzie do jedzenia trzeba wysunąć stół na środek, bo normalnie stoi pod ścianą, ale działa!

Natomiast w drugim przedsionku mam zamiar urządzić kącik ze składanym krzesełkiem i stolikiem, tak, żeby moja Siostra albo mój Mąż mogli sobie usiąść i pogadać ze mną, kiedy gotuję, na przykład.

Jaki to talent? To talent do adaptowania przestrzeni, nawet najbardziej nieużytkowej. I adaptowania przedmiotów do własnych potrzeb.

środa, 21 stycznia 2015

O docenianiu

Wczoraj wyzwaniowa notka jakoś mi nie wyszła... Dziś już będzie, choć Ula wymyśliła na środę trudny temat: 5 rzeczy, które w sobie doceniam.

Wiele z Was, biorących udział w wyzwaniu, pisze po prostu o swoich zaletach... Ja nie byłabym sobą, gdybym nie skomplikowała. Zalet mam wiele, ale nie wszystkie są zaletami dla mnie - część (na przykład to, że jestem dobra, miła i uczynna), wcale nie ułatwia mi życia i czasem chciałabym być taka mniej. Tyle, że nie leży to w mojej naturze. Pozostaje mi tylko pogodzić się z tym, że jestem taka i niech się inni cieszą. A ja skupię się na tym, co mi naprawdę życie uprzyjemnia i ułatwia, na tym, co w sobie doceniam właśnie z tego powodu.

Polecimy po kole, od lewej strony na górze, w stronę przeciwną do ruchu wskazówek zegara, żeby nie było tak całkiem przewidywalnie.


  • Jestem kreatywna i utalentowana. No, jestem. Czasem nawet nadkreatywna, nie ma dnia, żebym (czasem ku zgrozie mojego Męża) czegoś nowego nie wymyśliła. Szczęśliwie (przede wszystkim dla Niego...), znaczną większość tego co wymyślę potrafię zrobić samodzielnie, bo jestem też wszechstronnie utalentowana.
  • Jestem cierpliwa. To wielkie szczęście dla mojego Męża. Bo gdybym nie była, dawno bym go już zabiła. I choć czasem chciałabym być miej cierpliwa - szczególnie w stosunku do niego - bo może szybciej traktowałby poważnie to co do Niego mówię, to jednak doceniam tę moją cierpliwość, bo mimo wszystko ułatwia mi ona życie - nie tylko z Żurem, ale z całą moją rodziną, a także przyjaciółmi i znajomymi.
  • Jestem zaradna. To w sumie łączy się to z moją nadkreatywnością i wszechstronnym utalentowaniem, ale ma odbicie nie tylko w czynnościach manualnych. Nie wiem czy dobrze to nazwałam, ale chodziło o to, że jeśli coś trzeba zrobić, jest z czymś problem, to ja w ciągu kilku minut potrafię znaleźć rozwiązanie, wyjście z tej sytuacji. Niezależnie od tego, czy chodzi o problemy finansowe i sprytne przerzucanie pieniędzy z kupki na kupkę, czy o logistyczne rozplanowanie jednoczesnego zrobienia zakupów w trzech różnych miejscach, odebranie dziecka z przedszkola i zajęcie się drugim dzieckiem, czy o brak podstawowych rzeczy, których potrzeba natychmiast i nie ma jak natychmiast kupić, czy o przeorganizowanie przestrzeni, czy o duszne niepokoje. Przy tym ostatnim troszkę narzekają moja Musia i Siostra, bo kiedy one chcą się ze mną podzielić swoimi rozterkami to ja zamiast wysłuchać i współczuć mówię im co powinny zrobić, kiedy one wcale takich instrukcji ode mnie nie potrzebują. Mówią mi wtedy, że powinnam była urodzić się facetem...
  • Jestem zorganizowana. Moje zdolności organizacyjne zaczynają się około godziny 6.30 w niedzielę, kiedy wyprawiam całą naszą czwórkę (znaczy ja głównie wydaję polecenia :D, jestem mózgiem operacji!) przed wyjściem (o 7.30) do Kościoła, oddalonego od naszego domu o około 1,5 godziny jazdy pociągiem, drugim pociągiem i autobusem, przy maksymalnym naciąnięciu minut przeznaczonych na sen własny i wygospodarowaniu czasu na zrobienie się na bóstwo. Trwają przez cały tydzień zahaczając o wypełnianie obowiązków domowych i zajmowanie się dziećmi przy jednoczesnym znajdowaniu odpowiedniej ilości czasu na odpoczynek, czytanie książek i oglądanie seriali, o panowanie nad budżetem domowym i kalendarzem, o zarządzanie całą służbą wśród dzieci w moim Kościele, o prowadzenie dwóch blogów i o wynajdywanie czasu na pracę twórczą, a także wymyślanie nowych wyzwań i projektów (na przykład ostatnio wymyśliłam to!).
  • Mam syndrom Asterixa. Asterixa znacie na pewno. To taki Gal, z osady, której nigdy nie udało się podbić Rzymianom. Bohater jedynych komiksów, jakie w życiu czytałam. Asterix charakteryzował się tym, że był zrównoważonym, rozsądnym i odpowiedzialnym człowiekiem, który często uspokajał swojego przyjaciela Obelixa, kiedy ten, z dziecięcą wprost euforią, chciał bić Rzymian. Asterix pozwalał mu na to czasami, sam zachowując szał bitewy na czas - jak sama nazwa wskazuje - bitwy. No to ja mam tak samo. Jestem rozsądna, odpowiedzialna i zrównoważona, ale jak mnie coś wku... zirytuje, to bez kija nie podchodź... O syndromie Asterixa mój Mąż (twórca nazewnictwa) dowiedział się w dzień naszego pierwszego spotkania, kiedy zdenerwowana przez pewną panią w Biedronce, wypadłam z pieśnią i hymnem na ustach prosto na niego i moją przyjaciółkę i ciepałam się kilka minut (opisując im sytuację związaną z w/w panią) zanim w ogóle przeszłam do przedstawiania się. Żuru, nie wiedzieć czemu, podobno z miejsca się zakochał. Dlaczego tę akurat cechę w sobie lubię i doceniam? Bo przynajmniej nikt mi nie będzie po głowie chodził. Chociaż jestem miła, naiwna i uczynna, mam dobre serduszko i jestem cierpliwa, to jak już mam za dużo - umiem o siebie zawalczyć.
No, dałam radę. To było trudne, ale powiem szczerze - ostatnio miałam ciężki czas i taka autoterapia w sumie mi się przydała. Ja to jednak fajna jestem!


poniedziałek, 19 stycznia 2015

10 razy niebieski

Dziś przypada najsmutniejszy dzień roku. Podobno. Bo mnie jakoś dziś wyjątkowo wesoło... No ale ktoś wyliczył, że w trzeci poniedziałek stycznia ma być smutno i nazwał ten dzień Blue Monday. Ja z uporem maniaka tłumaczyć będę to na Niebieski Poniedziałek, choć wiem, że "blue" w tym przypadku występuje w znaczeniu "przygnębiający". Ale mnie nic nie przygnębia akurat dziś.

Dziś również pierwszy dzień blogowego wyzwania Uli. A tematem na dziś jest 10 ulubionych.

Z połączenia jednego i drugiego wyszło mi 10 ulubionych niebieskich rzeczy:


Od lewej:

  1. Granatowa bluza. A może sweter? Takie coś. To noszenia na wierzchu. Kupiłam to dawno temu na Camden Town i od tamtej pory nadużywam. Ma rękawy o długości 3/4, jest z dresikowego materiału i się nie zapina, tylko ma takie wisiadła z przodu, ostatnio bardzo modne.
  2. Niebieska chustka. W zasadzie ulubiona z moich niebieskich (w sumie mam 3 niebieskie i 1 granatową). Jest bardzo mięciutka, trochę ma taką muślinową strukturę. I trzy różne faktury. Dostałam ją od siostrzenicy na urodziny.
  3. Nożyczki. Rączkę mają turkusową, a turkus to też niebieski, więc się w sumie liczy. Wieki szukałam odpowiednich nożyczek. Takich, które będą miały dobry rozmiar, nie za małe, żeby móc nimi przeciąć papier skrapowy na pół i nie za duże, żeby można było wyciąć kwiatek. I takie co się nie stępią ani nie rozkręcą. Znalazłam.
  4. Gumka do mazania w długopisie. Absolutnie genialny wynalazek. Wyciągasz mały kawałek, gumujesz, chowasz. I się nie brudzi ani nie łamie. Uwielbiam ją.
  5. Klej w sztyfcie w długopisie. Dotychczas go oszczędzałam, bo mi było żal używać. Teraz postanowiłam to zmienić i nosić go ze sobą, razem z moim nowopowstałym...
  6. ...notesem do art journalu. To ten na samej górze, z guziczkami na okładce. Podjęłam wyzwanie powstałe na blogu Kawa i Nożyczki i postanowiłam spróbować. A nuż mi się spodoba?
  7. Kalendarz. Znów wyzwanie, ale tym razem postawione samejsobie. Takie, że będę prowadzić w tym roku kalendarz. Dotychczas kupowałam kalendarz... i było mi szkoda po nim pisać, bo taki ładny. Teraz piszę. I kreślę. Jak wpisywałam w całoroczny kalendarz (taki mały na początku) dni wypłatowe to zorientowałam się w listopadzie, że pomyliłam się w lutym i musiałam wszystko pokreślić. I co? I się nie przyjęłam. Uczę się nie przejmować.
  8. Kindle w niebieskiej okładce. Jak kupowałam chciałam czarną, ale nie było. Teraz się cieszę, bo czarną mają wszyscy, a takiej pięknie niebieskiej jak ja nie ma nikt!
  9. Mój ulubiony niebieski obrazek. Wycinam czasem obrazki z różnych rzeczy. Nie tak dużo jak moja siostra, ale czasem... A kiedyś była w Tesco seria czekolad z takimi właśnie obrazkami. Ten akurat jest z mlecznej, ale kupiłam wszystkie (nawet takie, których normalnie bym nie kupiła, bo nie lubię, na przykład gorzką z ogromną ilością kakao) tylko z powodu tych obrazków.
  10. Moja ulubiona niebieska filiżanka. Nie piję w niej, bo jest za duża. Jadam w niej owsiankę. Albo musli.
Ponieważ dzięki mojemu kalendarzowi, kundelkowi (znaczy Kindle) i art journalowi zrobiło sie w mojej torebce niebiesko, postanowiłam iść za ciocem i kupiłam jeszcze niebieskie etui na telefon, ale do mnie jeszcze nie dotarło. Muszę też kupić sobie zeszyt na inspiracje (też będzie niebieski) i rozważam zakup malutkiego, niebieskiego piórniczka (na ten klej, a przy okazji długopis, ołówek, gumkę - w długopisie oczywiście - i nożyczki). Coś mi się zdaje, że 2015 rok będzie moim okresem błękitnym - i mam nadzieję, że nie w znaczeniu "przygnębiający"


środa, 14 stycznia 2015

Zupa groszkowo-miętowa

Ten przepis pojawia się na specjalne życzenie :) A zupę ugotowałam w ramach miesiąca brytyjskiego, co było genialnym pomysłem (głównie zupa, ale w ogóle cały projekt jest niezły...)

Przepis pochodzi z książki Apetyczna panna Dahl autorstwa Sophii (jakie zaskakujące) Dahl.



Książka w ogóle cała jest cudowna. Ja tak ogólnie kupuję dużo książek, ale stosunkowo mało kucharskich. Pierwsza książka panny Dahl spodobała mi się tak bardzo, że kupiłam też drugą i obiecałam sobie, że kupię każdą następną :) Ale wracając do Ezopa, czyli do przepisu - Sophie pisze o tej zupie tak:
Tak angielska, jak to tylko możliwe. Przywodzi mi na myśl Wimbledon i leniwe popołudnia.
Na Wimbledonie nie mieszkam, ale myślę, że będzie cudownie smakować gdziekolwiek ją ugotujecie - w Thornton Heath smakowała niesamowicie! Mimo moich modyfikacji wynikających z braków w lodówce...

Składniki:



  • oliwa (z braku użyłam oleju słonecznikowego, też działa)
  • 3 dymki, posiekane (albo jak u mnie - po prostu cebula...)
  • 450g (trzy szklanki) mrożonego groszku (o, tu nie zmieniałam...)
  • 1 litr (cztery szklanki) bulionu drobiowego lub warzywnego (przyznaję bez bicia - dałam taki z kostki... Ale uważam, że litr to zbyt dużo, zupa wychodzi niemiłosiernie rzadka. Następnym razem dam pół litra.)
  • spora garść psiekanej świeżej mięty plus trochę do przybrania (na zdjęciu zupy można zauważyć, że zapomniałam zostawić tego trochę nieposiekanego...)
  • 1 łyżka gęstej śmietany (równie dobrze nada się grecki jogurt)
Zrobienie jest banalnie proste - na oliwie szklimy cebulkę, potem dorzucamy groszek i podsmażamy. Całość zalewamy bulionem, wsypujemy miętę i gotujemy jakieś 15 minut. Na koniec miksujemy na krem i tyle :) Już na talerzu dodajemy śmietankowy lub jogutowy kleksik.



Panna Dahl podaje ją jako chłodnik - ja próbowałam i na zimno, i na ciepło - obie wersje są pyszne. I dosypuje do niej odrobinę posiekanej mięty... Ja nie lubię pływającej zieleniny, więc proponuję ugotować garść groszku dodatkowo (z zupy ciężko wyciągnąć, liście się czepiają...) i dorzucić po zmiksowaniu.

Smacznego!

Ten wpis powstał w ramach projektu Blogiem dookoła świata:




czwartek, 8 stycznia 2015

Miesiąc brytyjski - inspiracje

Styczeń już na dobre się zadomowił, a ja nie zdążyłam jeszcze napisać co wymyśliłam w związku z obchodzeniem, w ramach projektu Blogiem dookoła świata, miesiąca Wielkiej Brytanii. No ale na początku miesiąca dopiero pisałam o co w tym wszystkich chodzi, więc teraz piszę co mamy zamiar zrobić:

  • Na pewno - już jutro - odbędzie się u nas tradycyjna, popołudniowa herbatka. Nie zabraknie bułeczek scones podawanych z gęstą śmietaną i dżemem, kruchych ciasteczek shortbread i małych kanapeczek z kremowym serkiem i ogórkiem :)
  • Literatura będzie się przeplatać z filmowymi adaptacjami - z tego względu, że moje dzieci są jeszcze zbyt małe, by słuchać czytanej książki bez pokazywania obrazków. Dlatego jutro również - w ramach nawiązania do herbatki - odbędzie się seans disneyowskiej Alicji w Krainie Czarów. A jak dzieci pójdą spać przerzucimy się na wersję Tima Burtona. 
  • Podobnie jak z Alicją, chcę zrobić z Piotrusiem Panem - najpierw wersja dla dzieci i zabawa w Nibylandię, a wieczorem może Marzyciel?
  • Poczytamy też i pooglądamy Kubusia Puchatka.
  • Świnka Peppa - bardzo angielska - pomoże nam dowiedzieć się czegoś o Królowej. W końcu była u niej z wizytą! Pooglądamy też niektóre zamki i pałace, w których mieszkali królowie i królowe w dawnych czasach. Do tego musimy sobie też przypomnieć legendy arturiańskie.
  • Jak Wielka Brytania to musi być i metro, w końcu jest najstarsze na świecie. Jeździmy nim dość regularnie, ale przyszedł czas, żeby trochę się nim pobawić :P
  • Koniecznie musi być też coś szkockiego. Dla dorosłych pewnie Braveheart, którego już wieki nie widziałam, a dla dzieci...? Tu się muszę jeszcze zastanowić.
  • Coś do jedzenia? Ryba z frytkami i groszkowo-miętowa zupa krem! Bardzo angielska jest też jagnięcina, ale jakoś do mnie pieczony udziec jagnięcy nie przemawia, nawet jeśli byłby podany z moimi ulubionymi yorkshire puddings...
  • Może jeszcze odwiedzimy Museum od London - jeśli starczy nam czasu.
Więcej inspiracji możecie znaleźć TU.

A Wy? Planujecie coś związanego z Wielką Brytanią na ten miesiąc? Może na przykład czytacie książkę angielskiego autora? Podzielcie się :D

Tymczasem zostawiam Was z bardzo angielską muzyką: