piątek, 4 lutego 2011

Następny skrapek

Żeby nie było, że tylko jednego zrobiłam. Zrobiłam więcej. A z okazji dnia dzisiejszego, czyli Dnia Zuei Truicy Totalnego Rozproszenia skrap ze zuymi w roli głównej, w kolorach takich jaki jest świat - bo świat jest rasta, z majtniętym cytatem habakukowym:


Różowo

Paulinuś: Niko, powiedz "różowy".
Niko: Lóziowy.
Paulinuś: A jaki masz telefon?
Niko: Ziołoły.

Gwoli informacji - telefon jest różowy.

A tak w ogóle to nastąpiło Zuei Truicy Totalne Rozproszenie. Znaczy Kokos pojechał dziś na Węgry. Mnie to jakoś osobiście nie dotknie, bo się rozproszyłam pierwsza i zanim znów będę w Polsce to już obie zue będą w Kato, ale jakoś dziwnie mi się robi jak sobie pomyślę, że przez pół roku Katowice będą bezkokosowe...

czwartek, 3 lutego 2011

Gocha

Moja siostra królewna Paulinka uczyniła dla mnie... zakładkę do książki. Bo choć ja zakładek do książek nie używam, i nie znaczy to bynajmniej, że nie używam książek, albo, że nie używam ich zgodnie z przeznaczeniem - używam, a nawet czytam. Zakładek nie używam z zasady. Jak już zakładam książkę to najczęściej papierem tualetowym bądź chusteczką higieniczną, starym rachunkiem itepe. Ale zapragnęłam mieć. No bo jak mogłam nie zapragnąć, jak dowiedziałam się co to za zakładka?

Ma na imię Gocha. I kompletnie przestała się nadawać na zakładkę do książki. Można ja za to stylizować. Ma na razie dwa zestawy ubrań, ale w planach jakieś jeszcze są, tylko trzeba je dorobić. Ma w planach także rodziców, chłopaka, teściów, ślub, dzieci... I domek w doniczce.

Oto Gocha - wersja zimowa:



I wersja wiosenna, wszak robi się już coraz cieplej:

Zaległości

Trza nadrobić. Bo mi już wstyd na tego bloga wchodzić.

Wen powoli wraca, więc wydłubuję te zdjęcia co sobie wywołałam z zamiarem oskrapowania i oskrapowuje. No i mam do pokazania parę LOsków.

Na początek LO świąteczne:


poniedziałek, 31 stycznia 2011

Gniazdowniczka

Podobno dopadł mnie syndrom wicia gniazda. Podobno. Bo wpisując to hasło w gugle przeczytałam o kobietach, które kupują wanienki i wózki, przestawiają meble, malują ściany i prasują ubranka. Ja tego wszystkiego jeszcze nie robię.

Za to - gotuję. Dopadła mnie mania zup gotowania. Co jest bardzo dziwne w moim wykonaniu, bo ja zup nie gotuje i nie jadam. Ogólnie, jak jestem w domu (w sensie nie w pracy) to zdarza mi się gotować obiady, ale to nigdy nie są zupy. Wyznaję zasadę, że obiad to mięso a nie woda. A od paru dni gotuję tę wodę. Gotuję, kremuję i zjadam. I rodzinę karmię. I jak zostaje to wieczorem zjadam drugą porcję. I wymyślam jaka jeszcze zupę ugotować. W piątek była brokułowa. W piątek, to w ogóle był obiad dwudaniowy z deserem, przy czym deserem nie było ciasto ze sklepu tylko upieczone gruszki. W sobotę niestety byłam w pracy. Wczoraj była zupa kukurydziana. Dziś będzie groszkowa. Jutro niestety praca, ale koniecznie muszę wymyślić zupę już na kolejny dzień. Ma ktoś jakiś pomysł? Zaznaczam, że musi dać się skremować, bo aż tak daleko żeby gryźć gotowane warzywa to jeszcze nie doszłam.

Oczekuję propozycji.

sobota, 22 stycznia 2011

Opanowaniowo

Mil: Żuru, co będziemy dzisiaj robić?
Żuru: "To samo, co każdej nocy Pinky, spróbujemy opanować świat!"
Mil: Przez zaludnianie?

sobota, 1 stycznia 2011

Bilans

Przedwczoraj pan w metrze ustąpił mi miejsca.

Dzisiaj miejsca w metrze ustąpić chciały mi ustąpić dwie panie, aczkolwiek mam jeden odwłok, więc usiadłam tylko na jednym.

Prócz tego jeszcze, również dziś, przepuścił mnie pan w kolejce do ubikacji.

Gwoli informacji - jestem w połowie piątego miesiąca ciąży.

Moja siostra, w czasie drugiej ciąży zaczęła nosić ubrania ciążowe pod koniec grudnia, żeby wreszcie było widać, że jest w ciąży. Mój siostrzeniec urodził się w lutym. A moją siostrzenicę, czyli swoje pierwsze dziecko, poszła urodzić w bluzce koszulowej sprzed ciąży, zapiętej na wszystkie guziki.

Mojej teściowej na początku listopada nie chcieli wpuścić do kolejki. Mój mąż urodził się 13 listopada.

Mam moc.