Pokazywanie postów oznaczonych etykietą DIY. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą DIY. Pokaż wszystkie posty

piątek, 19 czerwca 2015

Podziel się pomysłem... Jak ogarniesz!

Z ręką na sercu przyznaję - nie ogarniam. Odkąd poszłam do szkoły (za dwa tygodnie egzamin!), odkąd zrobiło się ciepło i jeździmy na wycieczki z dziećmi, odkąd wydzieliłam w planie dnia czas na pracę (o tym kiedy indziej), odkąd dzieją się różne pasjonujące i fascynujące rzeczy to zwyczajnie nie ogarniam bloga. Wybaczcie mi więc - proszę - moją nieregularność, staram się jak mogę. Czasem się ogarniam. Dziś jest taki dzień. Ale niestety nie będzie to notka o Rosji, która jest następna w naszym projekcie, z tej prostej przyczyny, że mimo odwiedzenia miejsca z nią związanego w maju, nie zrobiliśmy zdjęć. No gapy jesteśmy. Musimy więc iść jeszcze raz i się poprawić. Jak się poprawimy - będzie notka.

Tymczasem dowiecie się dwóch faktów o mnie. A to dlatego, że chciałam się z wami podzielić moim genialnym pomysłem.

Fakt pierwszy jest taki, który widać na pierwszy rzut oka... Mianowicie, nie noszę rozmiaru S. Nawet M nie noszę. Nie jest ze mną jeszcze tragicznie, bo nie jestem L-ką tylko dla dorosłych, no ale powiedzmy sobie szczerze, do najszczuplejszych nie należę. Dwie ciąże pod rząd i moja miłość do ciasteczek niestety zrobiły swoje.

Fakt drugi - jakbym miała sobie wybrać okres z przeszłości, w którym chciałabym żyć, to wybrałabym młodość w latach siedemdziesiątych. Kocham tę modę. Kocham hipisów. LSD nie kocham, w zasadzie nigdy nie próbowałam, nie miałam potrzeby, ale nic to. Chciałabym mieć ogórka i nie miałabym nic przeciwko mieszkaniu w komunie. No może jeszcze poza wolną miłością, bo jednak z natury jestem monogamistką, ale poza tym - czemu nie. Moja miłość do tamtych czasów objawia się w wystroju mojego mieszkania i w mojej szafie: pełno w niej spódnic do ziemi, szerokich spodni i okryć wierzchnich z długimi połami. A ponad wszystko kocham chustki! Bardzo cierpiałam przez ostatnie lata, kiedy modne były wąskie spodnie i z baraku laku kupowałam sobie spodnie męskie. Szczęśliwie wraz z wiosną wróciła moda na hippie i boho, a co za tym idzie spodnie są bardziej ludzkie. Nawet sobie wczoraj kupiłam jedne, a stare, zniszczone, męskie, z prostymi nogawkami oficjalnie wyrzuciłam.

Co te fakty mają wspólnego? Bardzo wiele. Ponieważ osoby małoszczupłe, że to tak ładnie nazwę, powinny nosić ubrania optycznie odchudzające sylwetkę, prawda? A nawet jak nie są jakieś strasznie grube to na przykład wszelkie okrycia wierzchnie z długimi połami ładnie maskują oponkę. Dobrym trikiem jest tez zamotana w okolicy dekoltu chustka, która odwraca uwagę od newralgicznych części ciała. Tylko co zrobić jak przychodzi lato i jest zbyt ciepło na okrycia wierzchnie? Jest za ciepło nawet na chustkę na szyi?

Odpowiedź na to pytanie znalazłam dziś na pintereście. Trzeba po prostu wziąć maksymalnie cienką chustę i zrobić z niej okrycie wierzchnie, które nie będzie grzało, za to sprawi, że człowiek od razu lepiej się poczuje, bo nie będzie widział co mu znad paska od spodni wystaje!

A jak? A tak:


Bierzemy dużą chustę/szal/pareo...


... składamy na pół, tak by podzielony był dłuższy bok...


... łapiemy za dwa rogi sąsiadujące z dłuższym bokiem (w już złożonym prostokącie)...


... i zawiązujemy na supeł.


Jak całość rozłożymy to znajdziemy dwie przyjemne dziury na ręce.


Zakładamy jak kamizelkę i - jeśli jesteśmy mną - staczamy się robiąc sobie samej zdjęcie z rąsi, żeby wsadzić je na bloga.

I jak wam się podoba pomysł?


środa, 3 czerwca 2015

DIY: jak zrobić... Wszystko!

Zastanawia mnie popularność postów typu tutorial/kurs w blogosferze. Naprawdę mnie zastanawia. Nie to, że mam coś przeciwko robieniu pewnych rzeczy samodzielnie. Wręcz przeciwnie, bardzo to lubię! Ale mam dziwne wrażenie, że poziom tego typu postów ostatnimi czasy obraża inteligencję i kreatywność czytelników.

Posty DIY powinny pokazywać z czego jest coś zrobione i technikę wykonania. Ale technika wykonania to jest raczej "tym sposobem wykonujemy haft krzyżykowy, a takim płaski", a nie "prostokąty zszywamy razem, przy czym te dwa prostokąty to już całe nasze etui" albo "tak wygląda technika cieniowania" a nie "tu przyklejamy kwiatek", bądź zgoła "rysujemy odrobinę wygiętą linię" a nie "tu rysujemy owcę". Szyć na okrętkę uczyliśmy się w podstawówce na technice, kwiatek każdy przykleja gdzie mu się podoba, a owcę albo ktoś umie narysować albo nie - jak umie to nie potrzebuje, żeby mu ją kazać rysować, a jak nie umie to od polecenia się nie nauczy.

W związku z tym mam dla Was - tak! - tutorial. Prosty kurs, jak zrobić dokładnie WSZYSTKO

1. Wymyśl co chcesz zrobić. Skrapową kartkę? Szmacianą książeczkę dla dziecka? Półkę na przyprawy? Jak nie wiesz co, ale coś byś sobie zrobił - poszukaj inspiracji. Poprzeglądaj blogi z rękodziełem, zajrzyj na pinteresta. Jest tam nawet kategoria poświęcona ręcznie robionym rzeczom. To nie koniecznie musi być kurs - wystarczą zdjęcia skończonej pracy.



2. Jeśli samodzielnie wymyśliłeś co chcesz zrobić, a nie robiłeś tego wcześniej - również poszukaj rzeczy tego typu w internecie. Zobacz co ci się podoba, porównaj różne rozwiązania. Przyjrzyj się. Tak naprawdę w większości przypadków na zdjęciu widać jak coś jest zrobione. Wystarczy się przyjrzeć. Rozłożyć w myślach na czynniki pierwsze. Spróbować dostrzec składniki i pomyśleć: co powinno, tak na chłopski rozum, byś skręcone, co zszyte, a co sklejone?

3. Jeśli wybrany przez ciebie przedmiot wygląda na potrzebujący specjalnej techniki - poszukaj objaśnień w internecie. Filmików lub postów objaśniających technikę. Z internetu można nauczyć się prawie wszystkiego - od scrapbookingu, przez decupage, filcowanie na sucho i mokro, szydełkowanie, szycie, rysowanie, rzeźbę aż do majsterkowania. Tyle, że oczywiście trzeba mieć też chęci i predyspozycje. Ja na przykład umiem - teoretycznie - wyszywać krzyżykami, ale nienawidzę tego robić i w życiu już po to nie sięgnę. Ale zakładam, że uczymy się tego, czego chcemy :) Szukaj tutoriali pokazujących technikę, a nie instrukcji "jak wykonać kartkę w trzema kwiatkami". To ile ma być kwiatków zależy od Ciebie!

4. Uruchom wyobraźnię. Pomyśl, jak chcesz żeby wyglądała twoja praca. Z jakiego ma być materiału, w jakich kolorach, ile ma być tych nieszczęsnych kwiatków. Popatrz znów na znalezione inspiracje i spróbuj z każdej wyciągnąć coś dobrego: w jednym miejscu podobać ci się może kolorystyka, w innym układ, a w następnym jeden mały szczególik wyda ci się niezbędny. Twoja praca może być wypadkową wielu podobających ci się rzeczy.

5. Uwierz, że potrafisz. Kiedyś, kiedy pokazałam znajomym dziewczynom moje skrapowe albumy, one zachwycały się nimi i moim rzekomym talentem, jednocześnie stwierdzając, że one by tak nie potrafiły. Bzdura. To nie jest tak naprawdę żadna filozofia: pociąć papiery i podoklejać obrazki. Owszem, są rzeczy do których potrzebny jest przede wszystkim talent, ale znaczna część popularnego rękodzieła to zwykłe rzemiosło. Wycinasz, układasz, kleisz. Liczysz oczka. Tniesz szmatę, nawlekasz igłę, zszywasz. Piłujesz i skręcasz. Musisz tylko wybrać czy wolisz obcować z papierem, wełną, szmatą czy drewnem.

Blogerzy; moi kochani, drodzy przyjaciele. Podnieśmy poziom. Pokazujmy techniki. Dawajmy pomysły z czego można coś zrobić. Pokazujmy tanie rozwiązania i zamienniki. Nie piszmy postów DIY, bo to modne, mając do przekazania jedynie tyle, że "tu trzeba namalować żyrafę", a "z dwóch zszytych kawałków filcu będzie fajne etui na okulary". Bo to żałosne.




poniedziałek, 24 listopada 2014

Co dziś na obiad?

Jak myślicie?


Bo my na przykład - dokładając jedną deskę, znaleziony na ulicy (jestem śmieciową królową i nie wstydzę się tego!) pojemnik na listy, trochę śrubek, białą farbę, listewkę i taśmę dekoracyjną zrobiliśmy to:



Nie da się ukryć - kuchnie dla dzieci są albo tandetne, albo potwornie drogie. A - jeszcze jest trzecia możliwość: tandetne i potwornie drogie w jednym. My - jeśli mielibyśmy kupić to wszystko specjalnie po to by zrobić kuchnię zapłacilibyśmy 20,85 funtów**, co daje mniej niż połowę ikeowskiej kuchenki dziecięcej bez nadstawki. Tyle, że znaczną większość tego co zostało użyte mieliśmy wcześniej w domu, nieużywane, bo po przeprowadzce nie znalazło swojego miejsca. Dokupić musieliśmy podstawki pod kubki, z których zrobiona jest kuchenka, miskę na zlew (to akurat nie w Ikei :P), uchwyty szafkowe na pokrętła i kurki i duży hak na kran.

Fakt - nie ma piekarnika i szafeczki.**
Fakt - trzeba się trochę napracować - wyrzynarką, klejem, wkrętarką.
Ale - co tez jest faktem - jest frajda. I żadne dziecko nie ma takiej kuchni jak mają moje :)

Potem potrzeba jeszcze tylko trochę naczyń i zabawkowego jedzenia i znów jest frajda - tym razem przy zabawie:***







Czy było warto? Jasne! Kuchnia stoi w pokoju moich dzieci nieprzerwanie od pół roku i nadal jest w stałym użytku, jeszcze się nie znudziła :) Kuchnia to dobra zabawka!

____________________
*Kupując to wszystko w polskiej Ikei zapłacilibyśmy 66,98 zł (plus miska, która nie pochodzi z Ikei, ale jest raczej łatwo dostępna i tania), co daje jedną piątą (!) ceny ikeowskiej kuchni dla dzieci bez nadstawki!
**Piekarnik pierwotnie miał być (stąd jedno czarne pokrętło przy kuchence), ale jeszcze nie wymyśliliśmy jak go zrobić...
***Tu akurat uwieczniona zabawa mojego męża, który dostał zadanie specjalnie: zrobić kuchence ładne zdjęcia. No i się postarał.

wtorek, 26 sierpnia 2014

Wybieg dla dinozaurów

Moje dzieci przestały się mieścić w swoim pokoju! Znaczy - dzieci się mieściły. I wszystkie potrzebne meble też. Ale już jak się chciały pobawić to zawsze, ale to zawsze, lądowały w salonie. Bo na ich 6 metrach kwadratowych po wyjęciu spod łóżka pudła z klockami i posadzeniu dwóch maluchów na podłodze nie było już miejsca na to, żeby cokolwiek zbudować... Co zatem zrobiliśmy? To co tygryski lubią najbardziej, czyli poprzestawialiśmy meble! Dzięki temu mamy mały i przytulny salonik, duży pokój dziecięcy z wygodnym dla Mamy miejscem do siedzenia i wygodnym dla dzieci miejscem do jedzenia posiłków - jemy tam śniadanka i kolacje, czasem obiady - kiedy nie ma Taty. I zyskaliśmy też jadalnię! Ale ponieważ wszystko jest w trakcie urządzania to jeszcze Wam tego nie pokażę, musicie się uzbroić w cierpliwość.

Dziś będzie o dinozaurach.

Bo to, że Wojtek i Lusia nie mieścili się już w małym pokoju ma związek z tym, że - oczywiście - urośli. I nie chodzi o wzrost w centymetrach, ale o wzrost potrzeb, przede wszystkim Wojtusia. Wyjęliśmy książki dla dzieci trochę starszych, a nie schowaliśmy tych dla maluchów (zostały dla Lusi), więc potrzebny był regał, bo przestały się mieścić. Prócz tego stwierdziliśmy, że Wojtek jest już na tyle duży, że może mieć biurko, a przyda mu się ono kiedy będzie chciał się w spokoju pobawić bez młodszej siostry małymi zabawkami - bez obawy, ze ktoś coś mu zje.

Regał zakupiliśmy. Książki poukładaliśmy. Biurka kupować nie musieliśmy, bo mieliśmy schowane.

Znacie biurko LAIVA wyprodukowane przez Ikeę? Wygląda tak:

Kupiliśmy je kiedyś, pod komputer. Potem znaleźliśmy inne, a to czekało na lepsze czasy. I się doczekało, mieszka teraz w pokoju dzieci.

To biurko ma wiele plusów, patrząc z punktu widzenia rodzica: jest małe, nie zajmie wiele miejsca w pokoju dziecięcym, a dobrze spełnia swoje zadanie. Okleina w kolorze jasnego drewna jest dość uniwersalna i łatwo się czyści. No i jest bardzo tanie. Ma też jeden ogromny minus: z tyłu jest długa na szerokość blatu i szeroka na około 10 cm (może trochę mniej, nie pamiętam) rynienka z dziurawym dnem. Z założenia jest to biurko do komputera i tam użytkownik ma trzymać kable - stąd też dziura, żeby kable miały ujście:

Z tym, że przedszkolak nie posiada własnego komputera. Rynienka nie sprawdza się też do trzymania kredek, bo jest a) za duża, b) dziurawa. Może dla starszych dzieci tak - takich, które mają dużo różnych produktów do malowania, ale moje dziecko samodzielnie może używać tylko kredek i flamastrów, resztę trzymam schowaną w pudełkach na górnej półce, bo potrzebuje do zabawy nimi asysty...

Więc co zrobić z tym fantem?

Mój syn pokochał ostatnio dinozaury. Do tego stopnia, że jego część pokoju urządzamy na dinozaurowo. A od Babci i Dziadka dostał zestaw figurek dinozaurów i elementów krajobrazu, więc postanowiłam (natchnięta tym postem Izy Perez Harriette!) w rynience za biurkiem zrobić dinozaurom wybieg :)

Teraz będzie poradnik (w dwóch częściach, bo robiłam na raty): Jak po wstawieniu najtańszego biurka z Ikei do pokoju dziecięcego z bezużytecznej rynienki na końcu blatu zrobić świetny do zabawy park dla dinozaurów lub innych niekoniecznie żywych stworzeń :)

Część I

Potrzebujemy:


  • tektury komorowej (moja jest z odzysku, coś było w nią zapakowane),
  • kawałek płyty pilśniowej, ewentualnie wyciętej na przykład w kształt gór,
  • pudełka po patyczkach do uszu, jeśli chcemy zrobić jeziorko,
  • sztucznych roślinek, kamieni, patyków itp.,
  • drobnych kamyczków dekoracyjnych/akwariowych,
  • farb z oprzyrządowaniem,
  • taśmy klejącej dwustronnej,
  • nożyczek lub/i noża
  • ołówka,
  • linijki
  • dinozaurów lub innych niekoniecznie żywych stworzeń.
Tekturę przycinamy na odpowiednią długość i szerokość i umieszczamy w rynience. Przy przycinaniu pamiętać trzeba, żeby zostawić miejsce na pudełko-jeziorko i też je wsadzić.


Moja tektura miała około 2 cm grubości, musiałam więc ułożyć dwie warstwy. Druga warstwa powinna być około 5 mm węższa, by można było włożyć za nią tło.

Tło oczywiście malujemy:


I wsadzamy za kartony:


Następnie zabieramy się za zalesianie - wybrane roślinki przyklejamy do kartonu przy pomocy taśmy dwustronnej, a potem układamy skały (większe kamienie).



Na lądzie wystarczy już tylko wysypać pozostałe miejsce drobnymi kamyczkami...



I dinozaury mogą zamieszkiwać:




Część II - jeziorko

Na wodę za pierwszym razem brakło mi pomysłu. Albo może raczej materiału. Ale kilka dni później zakupiłam takie szklane "kamyczki":



Przy pomocy gorącego kleju przymocowałam je do dna i ścianek pudełka po patyczkach do uszu i dinozaury mogą się kąpać:


W miedzy czasie dziadek powiesił pokrywkę pudełka, w którym oryginalnie znajdował się zestaw nad biurkiem:


 I dostarczył jakieś dziwne kulki, które urozmaicają ekosystem parku:


Wojtek - szczególnie jak przyjdzie do niego Niko - potrafi się tym bawić pół dnia. Podobnie można zrobić na przykład ogród wróżek, mini zoo, farmę, las pełen dzikich zwierząt... U nas popularne są książki zawierające zestaw figurek postaci z bajek Disneya - można się pokusić o scenografię, jeśli dziecko jakąś bajkę lubi szczególnie. Ogranicza nas tylko własna wyobraźnia!

czwartek, 17 kwietnia 2014

Wielkanoc po mojemu

Minusem bycia protestantem (zielonoświątkowcem) jest to, że w naszych kościołach nabożeństwo jest tylko raz w niedzielę. Najczęściej około godziny dziesiątej. I trwa około dwóch godzin. A jeśli do kościoła masz kawałek to trzeba doliczyć jeszcze czas na dojście/dojazd.

Jako dziecko mieszkałam w Żorach - to takie miasto na Śląsku. Niewielkie. A niewielkie miasto charakteryzuje się tym, że wszędzie się chodzi. Komunikacji miejskiej w zasadzie się nie używa, chyba, że po to, żeby dojechać do okolicznych wsi.

Mieszkaliśmy na jednym z osiedli, a kościół był w Rynku. Spacerkiem pół godziny. Wychodziliśmy z domu około 9.15, wracaliśmy około 13 - bo wiadomo, wraca się wolniej, z znajomymi żegna, na lody idzie i tak dalej.

No ale miało być o Wielkanocy. Ponieważ to niedzielne święta, a do tego jak najbardziej kościelne, to u nas nie było nigdy żadnych wielkanocnych tradycji. Tych katolickich, bo jesteśmy protestantami, ani komercyjnych, bo wtedy było to mniej rozwinięte, a i moi rodzice za wielkich z domu nie wynieśli. Nie było żadnego wielkanocnego śniadania, dzielenia się jajkiem, prezentów na zajączka i takich tam. Nie było czasu, bo się szło do kościoła, zaraz po wstaniu z łóżka tak w zasadzie. Pisanki zaczęliśmy robić ja i mój Szfagier - to On ze swojego domu to do nas przyniósł. U nas święta spędzało się w kościele - zawsze nabożeństwo było bardziej odświętne, okolicznościowe, a zajęcia dla dzieci bardziej rozbudowane, często też dzieci miały "występy" dla dorosłych.*

Teraz jest trochę inaczej. Protestantką dalej jestem, ale w związku z tym, ze mieszkam w Londynie i mam daleko do Kościoła, a Wielkanoc to jeden z niewielu dni prawie całkowicie wolnych od pracy i nie mam jak do tego kościoła dojechać - świętujemy w domu. No i tu pojawia się problem - bo jak? Jak świętować, jak się w domu nie świętowało? Nie wiadomo w zasadzie z czym prócz jajek te święta się wiążą?

Jakoś musiałam to ugryźć i postanowiłam wprowadzić sobie "nowe, świeckie tradycje".

Po pierwsze - jajka i prezenty "na zajączka".

Nie mam pojęcia co ma wspólnego zając ze zmartwychwstaniem Jezusa... A przecież to świętujemy? Więc zajączek odpada jak dla mnie. Ale z drugiej strony - jakaś zabawa świąteczna musi być. I tu podoba mi się angielskie "egg hunt" - szukanie ukrytych jajek z niespodziankami. Już jajko - nowe życie - jakoś można podciągnąć pod wymowę Wielkanocy.

Czyli postanowione - w tym roku szukamy jajek. Zakupiłam specjalne plastikowe jajeczka, do których powkładam jajeczka czekoladowe i malutkie kurczaczki. A, że asortyment szeroki w sklepach - po jednym jajku kupiłam specjalnym, z drobną zabawką.

Malować też będziemy - żeby było ładnie i wesoło. Należy się cieszyć, że Pan Jezus Żyje!

Po drugie - opowiadanie.

No bo Wielkanoc to nie tylko jajka. I jakoś trzeba dziecku tę historię opowiedzieć i zilustrować. Opowiedzieć prosto, Biblię z obrazkami mamy i czytamy. Ale chciałam zrobić jeszcze coś co cały czas byłoby widoczne. Na pintereście znalazłam dwie rzeczy:

1. Pusty grób z pączka.


2. Grobo-Golgota.


Pierwsze wykorzystałam na szkółce w poprzednią niedzielę - szkółka była okolicznościowa - od Niedzieli Palmowej, aż do Wniebowstąpienia. W domu postanowiłam zrobić drugie. A raczej robić, razem z Wojtkiem, po kawałku.

Wykorzystałam to co miałam w domu: talerzyk, małe okrągłe pudełko, łapkę-żabkę i ryż do stabilizacji:



Całość obłożyłam watą. Stwierdziłam, ze babranie się w ziemi nie jest najlepszą zabawą z trzylatkiem posiadającym roczną siostrzyczkę...



Obsiałam rzeżuchą - rośnie szybciej niż trawa. Żeby kleiła się do zboczy wzgórza, najpierw ją namoczyłam. Pewnie i tak nie zdąży urosnąć do końca do niedzieli, ale zależy mi bardziej na tym, żeby zaczęła kiełkować, wtedy łatwiej objaśnić to, że coś/ktoś żyje :)



A na koniec przygotowań zrobiłam ścieżkę i zamknięcie grobu z kamieni:


Na razie jaskinia jest zamknięta, a wzgórze jest po prostu wzgórzem. 



Jutro będziemy opowiadać o krzyżu i krzyże postawimy. Z patyczków. A w niedzielę obejrzymy pusty grób i zobaczymy, jak rzeżucha budzi się do życia. Postaram się o dokumentację.

Jak Wam się podoba takie świętowanie?

__________________________
* Okazuje się, ze nie tylko protestanci tak mają - Żuru, z domu katolik, też żadnych tradycji, poza chodzeniem do kościoła nie pamięta...

środa, 30 października 2013

Środa kreatywna: Tutu

Jakiś czas temu kupiłam firanki. Firanki miały rozmiar 280 cm na 300 cm. Ale ja tak wysoko w domu nie mam, więc poobcinałam (bo mam za to koty, więc się po podłodze raczej ciągać nie mogły...). A jak poobcinałam to zostały mi cztery kawałki firanki (280cm na 60 cm w przybliżeniu). I zastanawiałam się co z nimi zrobić, aż wszechobecne Halloween mnie natchnęło. Przebierzemy Lulę za dynię, tak na jesień.

Pocięłam firanki (trzy) na paski o szerokości około 5 cm, odmierzyłam gumkę na lulowym brzuszku i tym sposobem zawiązywałam. Dzieci mi dzielnie pomagały - Wojtek owijając się w firankę jeszcze nie pociętą, Lusia podkradając już gotowe paski. Aż zawiązałam wszystkie.




Teraz tylko musimy na pomarańczowo ufarbować i będzie dynia jak malowana. Znaczy jak farbowana. Gabaryty ma odpowiednie.

Gwoli informacji: tutu jest długaśne, ale da się w nim pełzać. Raczkować też się da, bo Luli się znudziło już pełzanie i próbuje raczkowania. Jakby ktoś chciał skorzystać z mojego pomysłu (nie mój wcale, tylko kradziony w internetu, haha) to informuję, że paski o długości 60 cm nadają się nawet na całkiem dużą dziewczynkę, a ucinając gumkę należy wziąć mniejszą, bo przy wiązaniu się strasznie rozciąga, przez co nasze tutu ma nieestetyczny supeł z tyłu, bo stwierdziłam, że nie chce mi się tego nawlekać jeszcze raz. Na szczęście warstw jest duże i się gubi :) Można też wiązać na wstążeczkę i potem zawiązywać na dziecku, to nam da dodatkową ozdobę w postaci kokardy.