Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Milowe świata komentowanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Milowe świata komentowanie. Pokaż wszystkie posty

środa, 3 czerwca 2015

DIY: jak zrobić... Wszystko!

Zastanawia mnie popularność postów typu tutorial/kurs w blogosferze. Naprawdę mnie zastanawia. Nie to, że mam coś przeciwko robieniu pewnych rzeczy samodzielnie. Wręcz przeciwnie, bardzo to lubię! Ale mam dziwne wrażenie, że poziom tego typu postów ostatnimi czasy obraża inteligencję i kreatywność czytelników.

Posty DIY powinny pokazywać z czego jest coś zrobione i technikę wykonania. Ale technika wykonania to jest raczej "tym sposobem wykonujemy haft krzyżykowy, a takim płaski", a nie "prostokąty zszywamy razem, przy czym te dwa prostokąty to już całe nasze etui" albo "tak wygląda technika cieniowania" a nie "tu przyklejamy kwiatek", bądź zgoła "rysujemy odrobinę wygiętą linię" a nie "tu rysujemy owcę". Szyć na okrętkę uczyliśmy się w podstawówce na technice, kwiatek każdy przykleja gdzie mu się podoba, a owcę albo ktoś umie narysować albo nie - jak umie to nie potrzebuje, żeby mu ją kazać rysować, a jak nie umie to od polecenia się nie nauczy.

W związku z tym mam dla Was - tak! - tutorial. Prosty kurs, jak zrobić dokładnie WSZYSTKO

1. Wymyśl co chcesz zrobić. Skrapową kartkę? Szmacianą książeczkę dla dziecka? Półkę na przyprawy? Jak nie wiesz co, ale coś byś sobie zrobił - poszukaj inspiracji. Poprzeglądaj blogi z rękodziełem, zajrzyj na pinteresta. Jest tam nawet kategoria poświęcona ręcznie robionym rzeczom. To nie koniecznie musi być kurs - wystarczą zdjęcia skończonej pracy.



2. Jeśli samodzielnie wymyśliłeś co chcesz zrobić, a nie robiłeś tego wcześniej - również poszukaj rzeczy tego typu w internecie. Zobacz co ci się podoba, porównaj różne rozwiązania. Przyjrzyj się. Tak naprawdę w większości przypadków na zdjęciu widać jak coś jest zrobione. Wystarczy się przyjrzeć. Rozłożyć w myślach na czynniki pierwsze. Spróbować dostrzec składniki i pomyśleć: co powinno, tak na chłopski rozum, byś skręcone, co zszyte, a co sklejone?

3. Jeśli wybrany przez ciebie przedmiot wygląda na potrzebujący specjalnej techniki - poszukaj objaśnień w internecie. Filmików lub postów objaśniających technikę. Z internetu można nauczyć się prawie wszystkiego - od scrapbookingu, przez decupage, filcowanie na sucho i mokro, szydełkowanie, szycie, rysowanie, rzeźbę aż do majsterkowania. Tyle, że oczywiście trzeba mieć też chęci i predyspozycje. Ja na przykład umiem - teoretycznie - wyszywać krzyżykami, ale nienawidzę tego robić i w życiu już po to nie sięgnę. Ale zakładam, że uczymy się tego, czego chcemy :) Szukaj tutoriali pokazujących technikę, a nie instrukcji "jak wykonać kartkę w trzema kwiatkami". To ile ma być kwiatków zależy od Ciebie!

4. Uruchom wyobraźnię. Pomyśl, jak chcesz żeby wyglądała twoja praca. Z jakiego ma być materiału, w jakich kolorach, ile ma być tych nieszczęsnych kwiatków. Popatrz znów na znalezione inspiracje i spróbuj z każdej wyciągnąć coś dobrego: w jednym miejscu podobać ci się może kolorystyka, w innym układ, a w następnym jeden mały szczególik wyda ci się niezbędny. Twoja praca może być wypadkową wielu podobających ci się rzeczy.

5. Uwierz, że potrafisz. Kiedyś, kiedy pokazałam znajomym dziewczynom moje skrapowe albumy, one zachwycały się nimi i moim rzekomym talentem, jednocześnie stwierdzając, że one by tak nie potrafiły. Bzdura. To nie jest tak naprawdę żadna filozofia: pociąć papiery i podoklejać obrazki. Owszem, są rzeczy do których potrzebny jest przede wszystkim talent, ale znaczna część popularnego rękodzieła to zwykłe rzemiosło. Wycinasz, układasz, kleisz. Liczysz oczka. Tniesz szmatę, nawlekasz igłę, zszywasz. Piłujesz i skręcasz. Musisz tylko wybrać czy wolisz obcować z papierem, wełną, szmatą czy drewnem.

Blogerzy; moi kochani, drodzy przyjaciele. Podnieśmy poziom. Pokazujmy techniki. Dawajmy pomysły z czego można coś zrobić. Pokazujmy tanie rozwiązania i zamienniki. Nie piszmy postów DIY, bo to modne, mając do przekazania jedynie tyle, że "tu trzeba namalować żyrafę", a "z dwóch zszytych kawałków filcu będzie fajne etui na okulary". Bo to żałosne.




niedziela, 24 maja 2015

Sekretna

W ostatni piątek, kiedy pakowałam paczkę do Polski, czułam się trochę, jakbym otwierała sklep z bielizną:


Po co wysyłałam mojej Musi tyle majtek i staników? Po to, żeby zawiozła to wszystko do Dzięgielowa - małej miejscowości niedaleko Cieszyna. Wszystko to za sprawą Sekretnej Misji Kobiet - akcji zorganizowanej przez Centrum Misji i Ewangelizacji w Dzięgielowie, w ramach projektu Pomoc dla Afryki.

Akcja rozpoczęła się 8 marca - w Dzień Kobiet - a kończy 26 maja - w Dzień Matki (czyli już za kilka dni!). Chodziło o to, by kobietom z Burkina Faso, do którego jeżdżą wolontariusze z CME, zawieźć bieliznę właśnie. Dla nas jest to podstawa ubioru, coś zwyczajnego - dla nich towar luksusowy, ale potrzebny!

Do akcji włączyła się cała Polska, a ja zostałam koordynatorką na Londyn... Chociaż to dużo za dużo powiedziane, zbierałam bieliznę w swoim Kościele i jeden zaprzyjaźnionej społeczności.

Zebraliśmy:

  • 18 kompletów bielizny,
  • 16 staników (w tym 6 dla matek karmiących),
  • 16 koszulek,
  • 10 paczek majtek, w każdej od 4 do 7, łącznie 47 par.
W sumie na tym zdjęciu możecie zobaczyć 65 par majtek, 34 staniki i 16 koszulek, więc kilka Burkinek zaopatrzyliśmy. Jestem dumna z kobiet z  mojego Kościoła! I sąsiedniego też. I z Artura, który przyniósł koszulki, choć akcja kierowana była do kobiet. Dziękuję Wam!

Jeśli, mój drogi czytelniku, albo raczej czytelniczko, chciałabyś wspomóc jakoś Sekretną Misję, to masz jeszcze kilka dni. Bieliznę można przesyłać bezpośrednio na adres CME:


Centrum Misji i Ewangelizacjiul. Misyjna 843-445 Dzięgielów

Lub przynosić do koordynatorek akcji (lista). Można też przesyłać pieniądze, które będą przeznaczone na transport bielizny do Afryki (numer konta znajdziecie tu).

Jeśli natomiast chcielibyście dowiedzieć się więcej o misji w Burkina Faso to polecam blog Lidki.


wtorek, 3 marca 2015

Wszystko co chcielibyście wiedzieć o "Idzie"

Ponieważ podsumowanie polskiego miesiąca mi się opóźnia (a to z powodu niewywołanych zdjęć, które potrzebne mi do albumu dookołoświatowego, bom zrobiła i chcę wam pokazać), skorzystam z okazji i wrzucę jeszcze jedną notkę z Polską związaną. Mianowicie - chcecie czy nie - poznacie moje zdanie o Idzie! Znaczy - jak nie chcecie to nie musicie się męczyć ;)



Dostała Oscara więc wzbudza ogromne emocje. Niektórzy się nią zachwycają, inni wieszają na niej psy, bo antypolska. Ja obejrzałam Idę już jakiś czas temu. Zanim została nagrodzona, chociaż chyba była już wtedy nominowana. Obejrzałam z ciekawości, żeby sprawdzić co takiego wzbudziło zainteresowanie za oceanem. A wczoraj przeczytałam recenzję moich - powiedzmy - znajomych... I się załamałam: recenzja napisana już po otrzymaniu statuetki z zasady musi być poprawna politycznie. Nie można wyśmiewać. Ba, nawet nie można faktów opisać...

Według tej recenzji Ida jest dziełem wybitnym, wspaniałym i cudownym, przedstawia historię i n t y m n ą (pisownia oryginalna), którą trzeba przeżyć i przemyśleć (niekoniecznie zrozumieć), ma niesamowite zdjęcia i jest w ogóle cud, miód, orzeszki i ultramaryna.

No dobra, chcecie poznać fakty? Oczywiście mocno subiektywne, bo to tylko blog matki i gospodynie domowej, ja nie prowadzę portalu kulturalnego...

  1. Ida to kino ambitne. I rozliczeniowe. Nie oczekuj rozrywki, człowieku. Ani nawet wzruszeń, czy innych skrajnych emocji. Będziesz się zastanawiać co chwilę o czym oni oni właściwie teraz mówią (o ile usłyszysz, bo jest strasznie cicho) i o co w tym filmie chodzi. Być może zrozumiesz, ale nie licz na to, że będzie to łatwe. Nikt nic nie poda ci na tacy. A nawet utrudni jak tylko będzie mógł.
  2. Zdjęcia w Idzie faktycznie są wybitne. Wybitność polega przede wszystkim na perspektywie, która jest mocno nieoczywista: ujęcia z góry, dużo detali, zdjęcia zza czegoś. Z tym, że określenie "zdjęcia" jest tu niesamowicie trafione. Ten film to obraz. Jako wystawa byłby cudowny, jako film jest mocno przeciągnięty dla dobrych zdjęć właśnie. 
  3. Trzebuchowska nie gra. Ona chodzi, stoi, siedzi, patrzy. Głównie patrzy. Jej bohaterka jest statyczna, pasywna. Odnoszę wrażenie, że to w ogóle nie jest film o Idzie, że to ona jest tu postacią drugoplanową, a nie Wanda...
  4. Wanda natomiast, czyli Kulesza, jest cudowna. Miała czarne soczewki i wszyscy się jej bali (przeczytane w wywiadzie). Jest jedynym aktywnym elementem w całym filmie. Dla mnie to film jednego aktora - Kuleszy właśnie. Nie Ida jest ważna, ale Wanda. Ida i jej odwiedziny, a potem wszystko co robi po śmierci ciotki to tylko tło dla postaci pani prokurator.
  5. Mimo cudownej Wandy i pięknych zdjęć cała historia strasznie się dłuży. Ja dałam radę obejrzeć, mój mąż już nie. Sceny są poprzeciągane (Ida i walizka przez nieskończoność), niektóre dodane kompletnie moim zdaniem bez sensu (na przykład jak Wanda smaruje chleb, no prooooooszę...). Ciężko się ogląda.
  6. Są też sceny piękne i poruszające, ciekawe. Może jestem płytka, ale dla mnie to tylko te dynamiczne. Wanda opowiadające o przeszłości w prokuraturze, szukanie grobu w lesie, wizyta na cmentarzu, Wanda płacze Idzie w klapy, Wanda skacze przez okno, Ida przymierza szpilki. Tak, czasem coś się dzieje.
  7. Muzyka jakaś jest ale tak jakby jej nie było. Albo jakby kołysankę śpiewali. No nie pomaga w dotrwaniu do końca.
  8. Ale Joanna Kulig śpiewa jak zawsze pięknie!
  9. Fabuła jaka jest każdy wie - i znów jedyną postacią, która do tej fabuły coś wnosi jest Wanda! Ida tylko istnieje.
Ja się nie lubię bawić w poetyckość, intymność, ochy i achy. Ida jest trudna, ale być może warta obejrzenia. Jak ktoś takie kino lubi. Ale to kino dla koneserów. Kulesza i Kulig działają na niezaprzeczalny plus. Zdjęcia piękne, ale chyba lepiej by się je oglądało w galerii. Reszta... No jak ktoś lubi.

Cieszę się, że dostała Oscara. Ale mnie osobiście bardziej poruszyła Joanna.



środa, 4 lutego 2015

Dno 44

Obejrzałam film Miasto 44.

Mam osobiście lekkie skrzywienie historyczne na punkcie Powstania Warszawskiego. Nieduże - nie zacytuję się w książkach na ten temat relacjach i dziennikach, ale ogólnie jest mi on bliski, najbliższy z całej szeroko pojętej historii, za która nota bene nigdy szczególnie nie przepadałam. No ale akurat Powstanie Warszawskie mnie ciekawi. I smuci.

Wracając do filmu... Obejrzalam dawno temu Godzinę W, która  pozostawiła niedosyt. Obejrzałam Pierścionek z orłem w koronie, który jest nudny. Obejrzałam Kanał, który mną wstrząsnął i w stanie tym trwam do dziś. Obejrzałam też Zakazane Piosenki, które temat traktują pobieżnie, bo nie o tym jest film.

Potem było długo nic.

A ostatnio wysyp. Najpierw ostatni sezon Czasu Honoru, który mnie usatysfakcjonowal. Potem Sierpniowe Niebo. 63 dni chwały, który nie był satysfakcjonujący, ale coś w sobie miał, chociaż głównie w scenach współczesnych oglądanych przez pryzmat powstania. Nie udało mi się jeszcze obejrzeć Powstania Warszawskiego, tego z kolorowanych autentycznych filmów,  ale z racji tego, jaki to rodzaj filmu - wiem, że zawód nie wchodzi w grę.

No i Miasto 44... Będą spoilery.

Czy z heroicznej walki podczas tragicznego wydarzenia, które odcisnelo piętno na całym polskim społeczeństwie można zrobić film o braku moralności, zdradzie, zezwierzeceniu, niskich powodkach i dezercji?

Można.

I wystarczy dodać trochę efektów specjalnych typu deszcz latających ludzkich szczątków albo romantycznych scen typu pocałunek w zwolnionym tempie pod ostrzałem lub on i ona na wyspie na Wiśle patrzą jakie piękne ognisko płonie zamiast Warszawy i zbiera się pochwały.

Żeby nie było - ja nie uważam, że w czasie powstania to oni nie myśleli zupełnie o niczym prócz walk, a już najmniej o miłości i seksie. Na pewno myśleli, a biorąc pod uwagę okoliczności apokaliptyczne na mysleniu się nie kończyło, bo trzeba było korzystać póki się żyje. Ale dezeterujacy podczas jednych z pierwszych walk główny bohater, dezerterujaca, po to by go znaleźć jego dziewczyna, dowódca, który żąda zapłaty w naturze za wypisanie przepustki i dziki seks na zgliszczach w wykonaniu głównego bohatera i koleżanki jego dziewczyny - to dla mnie za dużo jak na jeden film o powstaniu.

Sytuację flmu mimo wszystko ratuje scena w kanałach, kiedy dziewczyna głównego bohatera wpada panikę, bo choć jest jak w horrorze to dobrze obrazuje co powstańcy musieli czuć, kiedy przedzierali sie pod ziemią pod odstrzalem, a także strasznie smutna scena radości po odstrzeleniu goliata z okna.

Sytuację moralności bohaterów ratuje ranny chłopak, który ściąga na siebie uwagę Niemcow, żeby jego kumpel mógł uciec. I Niemiec, który puszcza wolno głównego bohatera, bo wcześniej powstańcy się nim opiekowali,  kiedy został ranny.

Trochę mało na plus. Cztery sceny za fabułę całkowicie nie do przyjęcia? Za mało.

Nie polecam.

niedziela, 16 listopada 2014

Prokrastynacja w strefie komfortu, czyli czego boją się polscy blogerzy.

Zauważam ostatnio, czytając przeróżne blogi, że ich autorzy wprost lubują się w używaniu tych dwóch określeń: prokrastynacja i strefa komfortu.

A mnie osobiście one śmieszą... Z tym, że ja jestem dziwna, to wiadomo nie od dziś.

Ale przyjrzyjmy się im bliżej:

Prokrastynacja za wikipedią (niestety, w internetowym Słowniku Języka Polskiego PWN takie słowo nie istnieje) to (z łac. procrastinatio – odroczenie, zwłoka) – w psychologii patologiczna tendencja do nieustannego przekładania pewnych czynności na później, ujawniająca się w różnych dziedzinach życia. Prokrastynacja najczęściej zostaje nierozpoznana, dopiero niedawno uznano, że jest ona zaburzeniem psychicznym. 

Strefa komfortu natomiast to (wg definicja stworzonej przez Magdalenę Nowacką) to taka specjalna strefa – strefa Twojego bezpieczeństwa, spokoju jednym słowem komfortu :) Ta strefa odgradza Cię od tego, co nieprzyjemne, nieznane, niekomfortowe, trudne. Tam Tobie nic nie grozi.

Przy czym w kontekście podawanym na blogach to prokrastynacja człowieka dopada, a strefę komfortu powinien człowiek systematycznie opuszczać podejmując nowe wyzwania. I pewnie właśnie wtedy dopada go prokratynacja więc z opuszczeniem strefy komfortu zaczyna zwlekać... I tak w kółko.

Nie rozumiem dlaczego strefa komfortu podawana jest jako coś złego... Człowiek, jak każda istota żyjąca, dąży do zaspokojenia swoich potrzeb. Potrzeby zaspokojone równają się komfortowi właśnie. W momencie kiedy pojawia się nowe wyzwanie i nowa potrzeba ta strefa komfortu - moim zdaniem - samoczynnie zanika. Coś przeszkadza, coś nie pasuje, więc to co jest nie jest już komfortem. Trzeba to zmienić, a niepodejmowanie się tego wyzwania i brak prób zaspokojenia tej potrzeby nie jest pozostaniem w strefie komfortu, bo jej już nie ma. Jest tchórzostwem, wygodnictwem, lenistwem - w zależności od kontekstu i tego jaka to była potrzeba/wyzwanie. Można to porównać do siadania na pinezce - albo wstaniesz i ją sobie spod tyłka wyjmiesz, albo się poprawisz.

Jest tak z pracą, która nam się nie podoba, mieszkaniem w brzydkiej okolicy, spełnianiem marzeń i tym podobne. Kiedy zostajemy w miejscu z którym jesteśmy, mimo, że coś nam przeszkadza albo chcielibyśmy czegoś więcej to tak jakbyśmy poprawiali się siedząc na pinezce, a ona wbijałaby się nam jeszcze głębiej w ciało. I to jest komfort?

Mam jeszcze jeden przykład - z życia wzięty. Pokój moich dzieci był urządzony dobrze, ale nie doskonale. Mogło tak zostać albo mogłam wymyślić inny układ mebli, bardziej optymalny. Gdyby mi się nie chciało - nie wymyślałabym. Przyjęłabym, że jest jak jest i jest dobrze. Poprawiłabym się na pinezce zamiast przestawiać meble i sprzątać. Wedle blogowych definicji - pozostałabym w strefie komfortu. Tyle, że dla mnie nie byłaby to już strefa komfortu. Kiedy wiem, że coś jest nie tak - zmieniam to. A kiedy mi się nie chce - nazywam rzeczy po imieniu...

I tu dochodzimy do prokrastynacji. Takie ładne słowo. Trudne. Plus dziesięć do inteligencji. Co z tego, że tylko w niewielkim ułamku procenta to co nazywamy prokrastynacją naprawdę nią jest. To tak jak z depresją: na depresję zapadamy jak nam smutno, bo deszcz pada, a prokrastynacja nas dopada jak jesteśmy grubi i nie chce nam się ćwiczyć.

Ja jestem gruba. I nie chce mi się ćwiczyć. Ba! Strasznie lubię słodycze! Może mi się kiedyś zachce (mam nadzieję...), ale póki tego nie robię to nie wymyślam trudnych słów, żeby o tym opowiadać. Powiedzmy sobie szczerze - jestem po prostu leniwa. A moja silna wola, pierwsza lepsza (...) puszcza się i łajdaczy *. Nie zwalam tego, że nie chce mi się ćwiczyć na zaburzenia psychiczne! Zaburzenia psychiczne mam inne, bo jak wiadomo - nie ma zdrowych, są tylko nieprzebadani.

Podsumowując - czego boją się polscy blogerzy? Polscy blogerzy, paradoksalnie do wykonywanego zajęcia, boją się słów. Boją się słów brzydkich, dosadnych, niewygodnych, ciężkostrawnych. Boją się mówić wprost. Boją się szczerości. Wolą ubierać wszystko w słowa ładne, grzeczne, ogólnikowe.

I mają prawo. Jeśli tylko jest to dla nich komfortowe...

__________________________
* Pidżama Porno, Styropian.

poniedziałek, 10 listopada 2014

Łąkę pełną maków...

Byliśmy wczoraj w Muzeum Wojny.


Kiedyś było to nasze ulubione muzeum - blisko, z pięknym parkiem i ciekawą zawartością. Potem się przeprowadziliśmy, a muzeum na jakiś czas zamknięto, bo je przebudowywali. Otwarli ponownie dla zwiedzających w lipcu tego roku. Moje chłopaki już tam po otwarciu byli, a ja dopiero wczoraj pierwszy raz.

Jakie teraz jest? Niby inne, a takie samo. Ciekawie jest zobaczyć te same eksponaty co kiedyś ale w zupełnie innej, nowoczesnej oprawie.

Minus: wystawa o I Wojnie Światowej jest płatna, a kiedyś była darmowa. A do tego rozebrali naszą ulubioną łódź podwodną, pełną interaktywnych zabawek.

Plus: mam wrażenie, że duże rzeczy, typu czołgi są lepiej poukładane, opisane, wyeksponowane. Dawniej stało to wszystko w wielkiej sali i się chodziło bez ładu i składu od jednego do drugiego. Teraz wielka sala nie jest już taka wielka, a dużo więcej eksponatów jest w galeriach na piętrach, poukładane tematycznie co moim zdaniem bardzo całość porządkuje.

No i jest nadzieja - całość nie jest jeszcze ukończona, może wróci łódź podwodna?

Kilka kiepskiej jakości migawek:

Wnętrze samolotu.
Zabawki z okresu II Wojny Światowej
A tutaj w schronie - słuchamy wycia syren i odgłosów spadających bomb.
Na samej górze muzeum zrobili wielki taras, na którym, na sztucznej trawie rosną papierowe maki, zrobione przez zwiedzających muzeum. Dawniej te maki leżały pod jedną z bomb i w okolicach Dnia Pamięci ustawiano tam stoliki i udostępniano czerwony papier, druciki i guziki, tak, że można było sobie takiego maka zrobić i zostawić. Teraz wszystkie zebrano i wygląda to tak:


Autentycznie mnie zachwyciło.

Na koniec poszliśmy jeszcze na wystawę medali, ale nie mieliśmy już za dużo czasu, było to 15 minut przed zamknięciem... A tam najbardziej podobało się Wojtkowi. Po pierwsze dlatego, że w jednym miejscu pod sufitem wisiał rekin, a po drugie - bo między gablotkami na tej wystawie stoją maszynki do wybijania medali i każdy może sobie wziąć specjalną kartę z grubego papieru i na złoconych kółkach wybić własne medale. Wojtek dziś swoje medale zabrał do przedszkola, żeby pokazać pani...

Przed muzeum stoi kawałek Muru Berlińskiego - wczoraj mogliście oglądać go na googlach jako pierwszego ze wszystkich wysłanych do różnych miast fragmentów. W zasadzie mogłabym napisać, że poszliśmy akurat wczoraj do tego muzeum z powodu 25 rocznicy jego zburzenia, ale nie byłaby to prawda... Przypomniałam sobie o niej dopiero jak przed wejściem do budynku przechodziliśmy obok "naszego" fragmentu. Korzystając z okazji opowiedziałam troszkę mojemu Synkowi, tak odpowiednio do poziomu pojmowania trzylatka. Był autentycznie przejęty tym, że jeśli dzieci z rodzicami mieszkały po jednej stronie muru a babcia i dziadek po drugiej to nie mogli się wzajemnie odwiedzać...

Na koniec, jakby ktoś miał wątpliwości, czy naprawdę mieszkamy w Londynie - straszne zdjęcie z rąsi pod parlamentem:



Dlaczego wieża zegarowa jest czerwona? Z okazji zbliżającego się Dnia Pamięci (11 listopada), wyświetlane są na tej jednej ścianie spadające maki. Wyglądają pięknie - londyńczyków czytających ten wpis, jeśli jeszcze nie widzieli, zachęcam do tego, żeby przejechali się wieczorem nad rzekę :)

piątek, 31 października 2014

Jak oni żyją, ci biedni Brytyjczycy...

Postanowiłam poobalać mity... Ewentualnie podać przyczyny powstania pewnych opatrzonych mistyczną otoczką rzeczy. No bo mnie wpisy w internecie denerwują.

Przeciętny Polak wie o życiu w Anglii wiele... Z opowieści przyjaciół/rodziny na emigracji albo z wpisów na blogach emigrantek. Tyle, że mamy, my Polacy, nieznośną skłonność do wynoszenia na piedestał wszystkiego co polskie i przyjmowania za pewnik, że coś co jest inne jest na pewno złe, a przynajmniej dziwaczne. Nieważne, czy mieszkamy w Polsce, czy ją opuściliśmy. Ja w Londynie mieszkam od pięciu lat, a pięć lat wcześniej zaczęłam przyjeżdżać tu w odwiedziny i na wakacje. Przyzwyczaiłam się. Przywykłam. Zrozumiałam. Nauczyłam się doceniać. Zaczęłam kochać wszystkie angielskie dziwactwa. Wszyscy je znamy... Ale czy to faktycznie jest takie dziwne i co tak naprawdę się pod nimi kryje?




1. Łazienka pełna pułapek...

Wszyscy wiedzą o tym chorym pomyśle dwóch kranów... Dodajmy do tego jeszcze sznurek zamiast zwyczajnego włącznika światła i brak kontaktu w łazience i panika gotowa. No bo jak tu po ciemku (jak nie znajdziemy sznurka) umyć zęby szczoteczką elektryczną w zimnej lub wrzącej wodzie?

Po pierwsze - sznurki są, owszem, ale w zasadzie rzadziej niż mogłoby się wydawać. "Zaliczyłam" tutaj już pięć mieszkań i to w którym mieszkam teraz jest pierwszym, w którym mam sznurek. Moja siostra nie miała sznurka w łazience nigdy, w mieszka tu już lat dziesięć. Na wszystkie mieszkania znajomych, u których byłam te ze sznurkami mogę policzyć na palcach jednej ręki.

Po drugie - kontakty. Faktycznie, zwykłego kontaktu, takiego co ma 230V, w łazience nie znajdziemy. Ale już takie na 115V, żeby podłączyć szczoteczkę elektryczną lub golarkę - spokojnie. Może nie wszędzie, ale często. Więc to czego nie da się zrobić w innym pomieszczeniu - zrobimy w łazience.

Trzecie - najdziwniejsze - dwa krany. No chory pomysł, nie? No chory. Według jednej wersji - znalezionej w internecie - wprowadzono to w czasie wojny, żeby zmusić obywateli do oszczędzania wody. Według innej - ciepła woda w Wielkiej Brytanii jest dostarczana do mieszkań pod innym ciśnieniem niż zimna i dwa krany zakłada się, żeby uniknąć chlapania. Coś w tym jest, bo nawet jak kran jest jeden, to woda się nie miesza - można wyraźnie wyczuć w strumieniu cześć zimną i cześć ciepłą. I chlapie strasznie. No właśnie - jak jest jeden kran! Tak, takie cuda też się zdarzają! I to wcale nie rzadko. A prócz tego w większości mieszkań na piecyku można ustawić sobie temperaturę wody (ciepłej), więc luz. Ja mam dwa krany także w kuchni i dzięki temu mogę spokojnie zmywać odkręcając tylko czerwony kurek. I nie chlapie!

2. Która godzina?

W szkole dowiedziałam się, że jak chcę zapytać Anglika (Hindusa/Ghanijczyja/Japończyka/Araba/Pakistańczyka/Włocha/Srilańczyka/Rosjanina - jeśli akurat jestem w Londynie a nie na jakiejś wsi...) to muszę być przygotowana na to, że godziny występują tylko od 1 do 12, minuty podzielone są na kwadranse, a całość opatrzona jest jeszcze określeniem przed południem/po południu.

No pytałam kilka razy o godzinę i sprawdzałam ją również w różnych miejscach i zawsze był to format liczbowy, 24-godzinny. Czary? Nie...

Oni naprawdę używają systemu 24-godzinnego. System 12-godzinny, ze słynnym AM i PM odchodzi powoli w zapomnienie. Owszem, zdarza się, głównie w piśmie, ale w życiu nikt mi nie odpowiedział na pytanie o godzinę, że jest "kwadrans do trzeciej po południu".

3.W kolejce do komunikacji miejskiej.

W liceum moja znienawidzona nauczycielka angielskiego opowiadała historie o tym, że w Londynie ludzie ustawiają się w kolejce do autobusu. Nie, że wchodzą po kolei - że jeszcze na przystanku tworzy się kolejka i czasem stoi na całej ulicy. O jakaż byłam zawiedziona, kiedy okazało się to nieprawdą! Kolejkę do autobusu widziałam jeden jedyny raz, ale za to jaką... Była imponująca, miała z 10 metrów. Kolejki to - niestety - już relikt przeszłości.

Za to machanie na autobus jest ciągle na czasie. Tak - to akurat prawda, na przystanku, kiedy jedzie autobus, który nas interesuje machamy na niego tak jakbyśmy łapali stopa. Ale bez paniki - chociaż zwyczajowo macha się na wszystkich przystankach to jak o tym zapomnimy, autobus też się zatrzyma. Konieczne jest tylko machanie na przystankach opisanych jako "na żądanie", inaczej autobus nie stanie.

4. Funty, kamienie i jardy.

Tak, to prawda, Anglicy używają zupełnie innych miar i wag niż cała Europa. Ale biorą pod uwagę to, że obcokrajowcy ich nie znają i prawie wszędzie podane są podwójne wartości: mleko mamy w pintach i litrach, wymiary mieszkań podane są w kwadratowych stopach i metrach, a na licznikach samochodów (tych nowszych) obok mili znajdziemy też kilometry.

5. Dobry na wszystko paracetamol.

No i dochodzimy do pierwszej wierutnej bzdury, bardzo popularnej w Polsce: nie ma po co chodzić do angielskiego lekarza, bo i tak dostaniemy tylko paracetamol.

Tak, dostaniemy zalecenie stosowania paracetamolu w przypadku przeziębienia, grypy lub innych chorób wirusowych. Dlaczego? Bo nie ma potrzeby podawać w tych przypadkach antybiotyku. Antybiotyk, jak sama nazwa wskazuje, zwalcza bakterie, nie wirusy. Choroby wirusowe leczy się objawowo, więc paracetamol, który jest przeciwgorączkowy i przeciwzapalny jest jak najbardziej na miejscu - zwalcza objawy. Polscy lekarze niestety chyba o tym zapominają i często dają antybiotyk "na wszelki wypadek", co skutkuje tym, że w krótkim czasie można się na antybiotyki uodpornić. Znane są takie historie, kiedy antybiotyk dostaje półtoramiesięczne dziecko na katar, ewentualnie dziecko trzymiesięczne - kaszlące, o którym lekarz mówi, że albo jest przeziębiony albo ma alergię, ale tak na wszelki wypadek. I po co?

Tu antybiotyk dostaje się gdy tego naprawdę potrzeba. Mój mąż raz dostał...

6. Masz zwierzę? A masz kota?

Ostatnio przeczytałam gdzieś w internetach, że w mieszkając w Londynie w wynajętym mieszkaniu bardzo ciężko jest mieć jakiekolwiek zwierzątko, bo właściciele posiadaczom takowych wynajmują niechętnie...

A i owszem, ale... Określenie "no pets" w ogłoszeniu o mieszkaniu zazwyczaj odnosi się jedynie do psa. Jeśli jesteś szczęśliwym niewolnikiem kota lub posiadasz inne zwierzątko (świnkę morską, koszatniczkę, rybki, węża, ptaszniki...) to mam dla ciebie radę: nie mów o tym. Nie należy cierpieć na nadszczerość. Kot to nie zwierzę w mieszkaniowym tego słowa znaczeniu. Ma to oczywiście swoje logiczne wytłumaczenie, jak wszystko w tym kraju: kot jest nieinwazyjny - nie szczeka, nie wyje, nie drapie podłóg. Drapie meble, ale mieszkań bez mebli jest równie dużo jak tych umeblowanych. Kot nie przeszkadza sąsiadom i nie obniża standardu mieszkania.

Znamienne jest to, że nasz agent w poprzednim mieszkaniu był u nas kilkakrotnie a kotów nie zauważył. Strasznie się zdziwił, kiedy spotkał się z nimi przy wyprowadzce...

7. Panie na prawo, panowie... też na prawo.

Zakoduj sobie drogi turysto i świeży, cieplutki emigrancie - na schodach ruchomych stoi się po prawej stronie. Zawsze. Przede wszystkim w metrze, ale jest to przyjęte również wszędzie indziej. I to akurat nie jest mit, w żadnym wypadku. Jeśli tylko nie chcesz zostać ofukany (w wersji łagodnej) lub staranowany i - jakby to nazwać - dosadnie napomniany (w wersji bardziej bezpośredniej) - trzymaj się tej zasady.

Lewa strona jest dla tych, którym schody jadą za wolno. A takich jest dużo. No, bo wyobraź sobie na przykład, że pracujesz w kawiarni położonej dwie minuty od wejścia do metra i zaczynasz pracę o 6.00 rano. Trasę masz wyliczoną wszystko dokładnie co do sekundy, żeby pospać jak najdłużej: szybkim krokiem na przystanek autobusowy, autobus o 5.19, stacja metra, winda, schody, pociąg, peron na stacji docelowej, slalom między innymi podróżnymi, schody ruchome w górę i nagle...

Linią Piccadilly z lotniska Heathrow przyjechała właśnie na wakacje czteroosobowa rodzina. Pech chciał, że nocują w hotelu, który stoi w bezpośrednim sąsiedztwie twojej kawiarni. A lot był dokładnie tak, że przyjechali do centrum tym samym pociągiem co ty. Jednak - niestety - w wagonie zatrzymującym się bliżej wyjścia na powierzchnię. I teraz stoją na schodach ruchomych, zastawiwszy walizkami całe przejście. A ty stoisz za nimi. A czas nieuchronnie zbliża się do godziny 6.00... Czujesz to? No to jeszcze jedna informacja: zapewne za chwilę z uśmiechem na ustach będziesz parzyć im kawę i podawać rogaliki, bo doba hotelowa zaczyna się od 12, pamiętasz?

8. Leworęczni, czy co?

Jak już jesteśmy przy stronach... Mam dla ciebie smutną wiadomość. Twoje auto jeździ po tej złej.

Ruch prawostronny wprowadził prawdopodobnie dopiero Napoleon, któremu do Wielkiej Brytanii nie udało się dotrzeć. Od starożytności ludzie, konie, wozy i inne pojazdy, zawsze i wszędzie jeździły stroną lewą. Zresztą pomyślmy logicznie, na przykładzie rycerstwa.

Wyobraź sobie turniej. Pojedynki na koniach. Jedzie na przeciw siebie dwóch zakutych w zbroje rycerzy, każdy ma na sobie masę żelastwa, musi panować nad koniem i jeszcze do tego machać mieczem, który lekki nie jest. Większość z nich jest praworęczna, to się nie zmieniło. I co - będzie jechał prawą stroną i próbował trafić przeciwnika znad łba swojego konia? Toć go sobie jeszcze uszkodzi!

9. Mistyczny polski chleb...

Ja tam nie wiem, ja polskiego chleba nie lubię. I nigdy nie lubiłam, nawet jak mieszkałam w Polsce. No ale ma on jakąś taką mistyczną otoczkę. I równie mistyczne jest to, że nie można go nigdzie w Londynie kupić...

Wybór krojonych jest w każdym Tesco. Sklepów polskich - i co za tym idzie również polskiego chleba - jest zatrzęsienie. A jak dobrze poszukać to można znaleźć i polskie piekarnie. Naprawdę!

10. A jacy głupi ci Anglicy! Liczyć nie potrafią.

Mój ulubiony mit: koszmarny poziom szkolnictwa w UK. O tym to ja mogę godzinami, ale będę się streszczać. Probimy to na zasadzie porównania:
  • W Polsce dziecko zaczyna obowiązkowo chodzić do szkoły w wieku 6/7 lat. Przedszkole? Jak się uda dostać. W UK trzylatek ma darmowe przedszkole (15 godzin tygodniowo), a do szkoły idzie pięciolatek.
  • Od tego roku edukacja obowiązkowa trwa do 18 roku życia. Biorąc pod uwagę, że dzieci idą do szkoły dwa lata wcześniej niż w Polsce daje im to już w wersji minimum dwa lata - przyjaznej - nauki więcej. Wcześniej - kiedy obowiązkowa edukacja była do 16 roku życia, brytyjskie dzieci uczyły się tyle samo co polskie, tylko po prostu zaczynały wcześniej.
  • No właśnie - obserwuję dzieci w Wielkiej Brytanii i dzieci w Polsce. I jakoś nie mogę pozbyć się myśli, że tutaj szkoła jest bardziej przyjazna dziecku...
  • To, że obowiązkowa nauka jest do 18 roku życia nie znaczy, że dzieciaki na niej kończą. Owszem, są i takie, ale są też takie w Polsce. I są takie, które uczą się dalej. Tylko, ze tu uczelnie wyższe reklamują się wynikiem 9 studentów na 10, którzy znajdują pracę w zawodzie, a w Polsce... 9 na 10 absolwentów się po studiach przekwalifikowuje. I kończy następne studia... I następne...
  • Tu dzieciakom w szkole mówi się "jak się nie będziesz uczyć to będzie pracować w McDonalds!" (autentyk). W Polsce w McDonalds pracują poloniści i socjologowie...
  • No i już ostatnie: być może program jest okrojony, być może dzieciom brak wiedzy ogólnej, mają luki w wykształceniu. Ale na pewno umieją wyszukiwać informacje. Ale co tak szczerze Ty, Drogi Czytelniku, pamiętasz ze szkoły? Nie lepiej, zamiast przechowywać w głowie informacje, po prostu umieć je znaleźć?


wtorek, 30 września 2014

Pułapka rodzicielstwa bliskości

Scena I
Miejsce akcji: Kościół (gwoli informacji: z nurtu charyzmatycznych, nabożeństwo trwa około 1,5-2 godziny, z czego połowa to tzw. uwielbianie, czyli piosenki, a na drugiej połowie - mówionej - odbywają się zajęcia dla dzieci)

Dzieci biegają w kółko, między krzesłami, po korytarzu, od matki do sali z zabawkami i z powrotem. Matka zapytana dlaczego jej dziecko biega odpowiada:
- No bo inne biegają... I jak ja mam mu powiedzieć, ze nie może?
Prawie każda.

Scena II
Miejsce akcji: Plac zabaw.

Lusia huśta się na huśtawce dla maluchów, takiej typu majtki. Obok trzy wolne huśtawki, dwie "dorosłe" i jedna "majtkowa". Podbiega pod huśtawkę około trzyletni chłopiec, za nim bieganie matka. Chłopiec chce się huśtać, matka usiłuje go posadzić w huśtawce obok. Chłopiec wije się i wrzeszczy, bo ona chce się huśtać na tej huśtawce na której siedzi Lusia. Nie reaguję. Chłopiec wrzeszczy, matka pertraktuje. Lusia się huśta. I tak dobre kilka minut...

Zbieramy się do domu, wołam Wojtka, który w tym czasie przebywał w okolicy zjeżdżalni, zabieram Lusię z huśtawki. Matka wrzeszczącego chłopca wsadza go do huśtawki zwolnionej przez Lusię. Wrzaski ustają.

Scena III
Miejsce akcji: Kościół, sala w której odbywają się właśnie zajęcia dla dzieci.

Matka przyszła do sali ze swoją niespełna roczną córką (zajęcia są od około 3 lat), bo ta (córka) piszczy i przeszkadza na nabożeństwie. Siedzi i gada z inną matką, która jest tam, bo jej synek nie chce zostać sam na zajęciach (2 lata). Córka matki pierwszej zabiera mi obrazki, które mam do pokazania dzieciom, względnie wyciąga z walizki z materiałami farby i nożyczki. matka nie reaguje. Po drugim, dobitniejszym zwróceniu uwagi (pierwsze było łagodne) dowiaduję się, ze to przecież tylko dziecko i nie można przewidzieć co zrobi, a ja powinnam się zastanowić, czy na pewno nadaję się do tego, zeby uczyć dzieci.

Scena IV
Miejsce akcji: Plac zabaw.

Lusia bawi się na niskiej zjeżdżalni. W kółko: wchodzi po schodkach i zjeżdża. Przychodzi chłopiec. Wchodzi na zjeżdzalnię i siada. I nie zjeżdża. Siedzi. Lusia wdrapała się w między czasie na górę i czeka, aż chłopiec zjedzie. Przychodzi matka i pertraktuje. Chłopiec mówi, że nie zjedzie i twardo siedzi. Matka nakłania. Chłopiec odmawia. Ja zwracam uwagę, że moja córka czeka, żeby zjechać. Matka namawia. Ja dyszę i robię miny. W końcu biorę Lusię na ręce, przesadzam ją przed chłopca i Lusia zjeżdża. Za nią zjeżdża chłopiec, którego matka szybko łapie za rękę i ucieka z placu zabaw.

W mediach:
  • Nie bij.
  • Nie dawaj klapsów.
  • Nie poniżaj.
  • Nie każ.
  • Nie stosuj nagród i kar.
  • Rozmawiaj.
  • Szanuj...
 Itd, itp.

Okej, wszystko pięknie. Tylko ktoś zapomniał powiedzieć rodzicom jeszcze trzech ważnych rzeczy:
  • Zajmuj się.
  • To TY decydujesz.
i:
  • Nie daj sobie wejść na głowę.
Z pozdrowieniami od matki, która pisze tego posta z dwójką dzieci w pokoju, które leżą na podłodze z wyborem książek z serii Mamoko i Ulica Czereśniowa.

wtorek, 23 września 2014

Akcja: Organizacja, part II - bo jeden kalendarz to za mało!

Siedzimy sobie w kuchni, ja smażę naleśniki na kolację, reszta rodziny je zjada.
Wojtuś: Popatrz co kupiliśmy z tatusiem!
Mil: No, widzę, płyn do naczyń. Dobrze, bo się skończył.
Wojtuś: I teraz możesz dalej zmywać!

Bo ja po prostu ciągle zmywam! No a dziś właśnie będzie trochę o obowiązkach domowych i o organizacji dalej - konkretnie o kalendarzach, a do obowiązków nawiążę później :)

W internecie roi się od blogowych poradników, obrazkowych poradników, poradników w pedeefie i w ogóle każdego rodzaju poradników na temat: jak lepiej organizować. Różne rzeczy, najczęściej czas. I zawsze, ale to zawsze, na piedestale w tych poradnikach występuje kalendarz książkowy.

Niezastąpiony.
Idealny.
Wspaniały.

Cudowne rozwiązanie wszelkich problemów z organizacją czasu - byle używać.

Czy to znaczy, ze jak się nie używa, to się ma problem?

Ja używać nie potrafię. Co drugi rok kupuję, z mocnym postanowieniem, że w tym roku będę go używać. Wybieram najpiękniejszy i najbardziej praktycznie ułożony. Uzupełniam pierwsze strony. I używam... przez miesiąc, góra dwa. A potem jestem na siebie zła, z tym, że nie wiem za co bardziej: że nie używałam przez kolejne 10 miesięcy, czy, że używałam przez pierwsze dwa i pobazgrałam taki piękny kalendarz...

No nie potrafię używać kalendarzy książkowych, za nic.

Ani wiszących - te kupuję co roku, bo uwielbiam ich obrazki. W tym roku mam z pin-upami. I żeby mi się nie zniszczył, jedyną rzeczą jaką pozwoliłam w niej zapisać to terminy urlopów mojego męża, bo to rzecz niezmienna i nie będzie brzydko pokreślone.

Może to jest kwestia wychowania w domu dwóch bibliotekarek? Kalendarz ma w sumie wygląd książki, a po książkach się nie pisze? Z tym, ze one piszą: jedna ma ścienny, druga książkowy właśnie i obie używają! To już chyba ja jestem jakaś dziwna...

Ale nie byłabym sobą, żeby czegoś nie wymyślić.

Najpierw wymyśliłam Tygodniowy Plan Ramowy - jest niezmienny, a jak się zmieni to w całości i po prostu napiszę nowy. Przygotowany jest już w dwóch egzemplarzach: duży (A3), spisany ręcznie i oklejony kolorowymi taśmami zawiśnie nad skrapownią, a mały, zrobiony na komputerze (czeka na wydrukowanie i pokolorowanie, nie wiem jeszcze w jakiej kolejności) - w moim całkiem nowym Centrum Dowodzenia Rodzinnego, które zajmie jedną ze ścian w naszej przedpokojo-jadalni.

Tak, to mój nowy pomysł :) Bo jeden kalendarz to za mało! Nawet taki super plan tygodniowy, który usystematyzował (i dał mojemu Mężowi świadomość tego co dokładnie robimy kiedy On jest w pracy, a co za tym idzie co On będzie musiał robić, kiedy w pracy będę ja) codzienne zajęcia mojej rodziny.

Już wcześniej kupiłam sobie taki planer obowiązków (mówiłam, ze będzie o obowiązkach :D)- jeszcze nie bardzo go używamy, bo dzieci są za małe, ale myślę, że może on pomóc mnie samej w ustaleniu kiedy co muszę zrobić, żebym nie robiła wszystkiego jednego dnia, bo potem padam na ryjek.

Co jeszcze znajdzie się w naszym Centrum Dowodzenia? Następny kalendarz, a jak! Ale miesięczny, samoróbka, o taki:


Tylko pomarańczowy :) Nie będzie mi po nim żal pisać, bo po próbniki farb wsadzę za szybę, a po szybie można mazakiem suchościernym! Ten będzie służył do zapisywania planów jednorazowych typu szkółki, wycieczki i takie tam.

Do tego dołożymy jeszcze tablicę magnetyczną z magnesami zwykłymi i takimi po których można pisać kredą i półeczkę na długopisy/mazaki/kredę.

Macie jakiś pomysł na to, co jeszcze by się przydało? Zbieram inspiracje!

piątek, 27 czerwca 2014

Mama wraca do pracy vs. Mama zostaje w domu.

Czy wiecie, że po wpisaniu tych dwóch zdań w google, przy drugim wyniki obcojęzyczne zaczynają się już na pierwszej stronie?

Mam wrażenie, że parcie na "mama wraca do pracy" zakrawa już o jakąś paranoję... No bo tak - mama siedząca w domu ze swoim niemowlakiem - normalne. Dwu, trzylatek - jeszcze spoko. Ale pięciolatek? Powinien iść do przedszkola, a mama do pracy. No a już tym bardziej jak dziecko idzie do szkoły. To co ta mama ma jeszcze w domu do roboty?

No i idą mamy do pracy.

Te szczęśliwsze są dziennikarkami, fotografkami, aktorkami, graficzkami, naukowcami - prowadzą swój wymarzony zawód. Te mniej szczęśliwe pracują w szkole albo w korporacji, tak wybrały, ale okazało się to czymś innym niż było w ich głowach. Te nieszczęśliwe pracują w supermarketach, na poczcie i w urzędzie, i marzą o tym, żeby zamiast gąb petentów popatrzeć na własne dzieci, zamiast roznosić listy iść z dziećmi na spacer, a zamiast wypakowywać towary na półki - ponosić maluchy.

Ale jak to nie wracasz do pracy?

Nie wracam, bo nie mam skąd. Będąc mamą nie przestaje się pracować, ani na chwilę. Nie imponuje mi moja przyjaciółka, która pracuje w trybie zmianowym dwunastogodzinnym, bo ona siedzi i odbiera telefony. Chociaż ona w tym czasie ratuje ludzi. Ja pracuję od 6 rano, kiedy moje dzieci wstają, do 8 wieczorem, kiedy idą spać, więc to jest 14 godzin, podczas których posiedzieć mogę nieznaczną ilość czasu. Nie, nie uważam, że ona robi coś gorszego. Ani, że ja robię coś gorszego. Każda z nas robi to co potrafi i co sobie wybrała.

Ale ja tak wybrałam i nie jestem z tego powodu nieszczęśliwa. Jestem przeszczęśliwa! Bo nie muszę. Nie muszę iść do pracy w supermarkecie, żeby czuć się spełniona zawodowo. Nie dostaję do głowy, bo muszę przynosić picie, robić kanapki, prać, sprzątać i robić obiadki. Co jest uwłaczającego w zaprzyjaźnianiu się w piaskownicy i rozmawianiu o tym, co dziecko już umie? Dlaczego zmywanie naczyń po własnym obiedzie jest gorsze niż podawanie obiadów w restauracji?

Moim zdaniem wszystkim sfrustrowanym matkom ktoś wmówił, że to co robią to nie jest praca, tylko jakieś poślednie zajęcie, a one uwierzyły. Tylko nie rozumiem dlaczego.

Następna jest kwestia ogłupiania. Bo jak się siedzi z dzieckiem to się człowiek nie rozwija. No nie wiem... W zasadzie na czytanie książek na przykład to jest więcej czasu. A to rozwijające. To tylko kwestia ustalenia priorytetów i tego co kto uważa za rozwijanie się...

Kiedyś mówiłam o sobie, że jestem wojującą feministką. Nie odżegnuję się od tego, dalej uważam, że feminizm jest ważny i potrzebny. Ale mam wrażenie, że feministki nie walczą z tym, co powinny. Nie mężczyźni są wrogami kobiet, ale inne kobiety. Matki Polki, które muszą pracować zawodowo i jednocześnie mieć wszystko wyprasowane. Panie Wysoko Postawione, które uważają, ze dla kobiety zmywanie naczyń jest uwłaczające, bo kobiety powinny odkrywać i zdobywać. Nieszczęśliwe Ptactwo Domowe, którym nie podobają się ich własne wybory.

Bo prawa wyborcze już mamy. Dostęp do powszechnej nauki już mamy. Możemy chodzić w spodniach i pracować w policji. Ale też nie musimy. Stolica jest już odbudowana, kobiet na traktorach nie trzeba. Nie wychodźmy z założenia, że musimy równać do mężczyzn. Nie musimy, bo nie jesteśmy gorsze. Musiałyśmy prawnie, jak nie miałyśmy praw obywatelskich. Musiałyśmy siłowo, jak mężczyźni zginęli na wojnie. Teraz nie musimy, teraz możemy robić to co zwyczajowo w społeczeństwie patriarchalnym robili mężczyźni. Mamy prawo wyboru. Uświadamiajmy to sobie, a feministki niech uświadamiają innym. Innym kobietom przede wszystkim.

Nie jesteś my gorsze. Nasze córki nie są gorsze od naszych synów. Nasze zajęcia nie są gorsze, od zajęć naszych mężów. Nauki humanistyczne nie są gorsze od ścisłych! Nie walczmy o to, żeby mężczyźni lepiej nas traktowali - zmieńmy swoje nastawianie.

Moja Babcia, a za nią moja Musia miały wiele bardzo przyjemnych powiedzonek. Dowiedziałam się od nich, że kobieta jest po to, żeby leżeć i pachnieć. Że jak się bierze panią to się robi na nią. I, że jak się sama nie uszanujesz to cię nikt nie uszanuje. Bo powiedzmy sobie szczerze - to kobieta dyktuje mężczyźnie jak ma ją traktować. I jeśli z natury jest męczennicą, to będą ją traktować jak ofiarę. A jeśli zna swoją wartość to nikt się nie odważy.

piątek, 23 maja 2014

Mój genialny plan na uzdrowienie społeczeństwa.

Zapytuję się, jaki palant wymyślił, żeby o życiu decydować jak się jest głupim szczylem?

Co wie o życiu takie dziewiętnastolatek, jak właśnie zdał maturę i jest szczęśliwym wolnym człowiekiem? Nic nie wie. Nie wie co chce robić w życiu, po co idzie się na studia i jakie się wiążą konsekwencje z byciem dorosłym.

Ja nie wiedziałam. Po maturze, załamana wynikiem z pisemnego polskiego, bo nie wstrzeliłam się w klucz, wyjechałam do Londynu, do siostry. Dlatego właśnie, że nie wiedziałam co robić dalej. W trakcie tego pobytu w Londynie zdecydowałam zdawać polski po raz kolejny i iść na polonistykę.

Na polonistykę.
Po biol-chemie.
Kosmos co?

Wprawdzie w liceum miałam z polskiego średnią ważoną 5.0, ale i tak kosmos.

Poszłam. Postanowiłam, że chcę być nauczycielką. Postudiowałam pierwszy rok, spoko nawet. Postudiowałam drugi, poumierałam na zajęciach z teorii literatury, którym nie rozumiałam za nic. I z historii literatury, która była nudna. I na angielskim, bo uczyłam się kolejny raz dokładnie tego samego. Odżywałam na dydaktyce i gramatyce historycznej. I zastanawiałam się - co ja tu robię, jak połowy zajęć na które chodzę nie znoszę? Dlaczego podczas studiowania filologii POLSKIEJ jedyna praca, z której zadowolona byłam zarówno ja, jak i wykładowca, to była praca z zajęć dodatkowych, które mieliśmy do wyboru i ja wybrałam literaturę ANGIELSKĄ I AMERYKAŃSKĄ? W jakim celu ja się tak męczę?

Zrezygnowałam podczas sesji po czwartym semestrze. Zaliczenia zdobyłam prawie wszystkie, na jeden egzamin już po prostu nie poszłam.

Wyemigrowałam.
Popracowałam pół roku myjąc cudze kible.
Wyszłam za mąż.
Popracowałam rok w kawiarni - wbrew pozorom, jest to ciężka, fizyczna praca. Być może nie w niewielkich miastach w Polsce, w galerii handlowej, gdzie na kawę przychodzą panie w trakcie zakupów, ale w centrum Londynu, w sieciówce wciśniętej między biurowce a atrakcje turystyczne, gdzie smutni panowie w garniturach wpadają po kawę jak po ogień, a turyści zawracają wszystkie odkryte i zakryte części ciała, gdzie zmianę zaczyna się o nawet o 5.30 albo kończy o nawet o północy i produkuje się hektolitry kawy - jest ciężko. Jest miło, wesoło i sympatycznie, ale to nie jest lekka praca.
Potem urodziłam jedno dziecko.
Wróciłam do kawiarni, z której się zwolniłam po dwóch miesiącach, bo menadżerka robiła mi wbrew a moje dziecko było smutne i nie chciało jeść.
Urodziłam drugie dziecko.
Odkąd mam dzieci - najpierw jedno, potem drugie - ugotowałam około tysiąca obiadów, wyprałam, powiesiłam, poskładałam i pochowałam około 3000 kg prania, pozmywałam niezliczoną ilość naczyń, Nie wiem ile razy zamiatałam, myłam stół, wycierałam rozlane mleko, zmieniałam pościel, myłam swój własny kibel i zbierałam porozrzucane książki i zabawki.

Jednocześnie myślałam. Dużo i intensywnie - o tym do czego zmierzam i co chcę robić w życiu. I już wiem.

W czasie drugiego roku studiów odkryłam, że żeby uczyć, nie muszę kończyć tych głupich studiów, które mnie nudzą i wkurzają, bo ja już jestem nauczycielką. Od 14. roku życia uczę dzieci w kościele - o Bogu, o Biblii. Jestem katechetką, nie wstydzę się tego, ba - jestem z tego dumna. Dumna, bo dzieci mówią innym ciociom na szkółce, że najlepsze szkółki robi mama Wojtka. Nie mam na to papieru, ale mam doświadczenie. Nauczycielka szkółki niedzielnej to mój zawód, drugi, obok bycia mamą. Albo pierwszy, bo był wcześniej.

Teraz mam lat prawie trzydzieści i wiem co chcę robić więcej. Wiem teraz na jakie studia powinnam była iść. Wiem, że na studia nie powinno iść się, bo chcę zostać kimśtam po tych studiach, tylko dlatego, że interesuje mnie to o czym te studia są. Ja poszłam, bo chciałam być nauczycielką. A potem stwierdziłam, że już nie chcę i cały plan wziął w łeb. Gdybym poszła na studia, bo mnie interesują takie i takie zagadnienia - w łeb by nie wzięło, bo dopiero potem zastanawiałabym się co mogę z tą zdobytą wiedzą zrobić.

Jak moim zdaniem powinno to wyglądać?

Głupie szczyle po liceum powinny iść do fizycznej pracy.
Dzieci rodzić.
Domy budować.
Chorych opatrywać.
W polu robić.
Na wojnę iść.
Krowy doić.
Drewno rąbać.

Dlaczego? Bo przy tym jest czas, żeby myśleć, a bezproduktywnie nie siedzi i kierunków studiów osiem razy nie zmienia.

A młodzi więcej siły mają i zdrowsi są, więc i te dzieci byłyby zdrowsze, domy lepiej zbudowane, chorzy nie mieliby odleżyn, pole szybciej by obrobili i tak dalej. To drugi plus.

Trzeci jest taki, że jakby popracowali fizycznie to by wiedzieli, że już tego nie chcą robić i by się do nauki przyłożyli. A jak całe dzieciństwo i młodość muszą się tylko uczyć i nic więcej to nie wiedzą z czym się łączy to, jak człowiek wykonuje prace niewymagające lat studiów.

I czwarty - nie musieliby tego robić starzy ludzie!

I potem - po kilku latach pracy fizycznej, dojrzeliby psychicznie i przed trzydziestką mieliby odchowane dzieci i gotowy plan na życie. Przemyślany i poukładany. Decyzji nie podejmowaliby pod presją, bo trzeba wybrać JAKIEŚ studia. Wybieraliby takie, których naprawdę chcą, a nie takie na które idą wszyscy, albo wręcz przeciwnie - te niepopularne, żeby sobie dodać dziesięć do prestiżu.

Mam 27 lat. Mam dwoje zdrowych dzieci, które urodziłam w wieku najlepszym do rozmnażania. I szczęśliwych, bo całe swoje dotychczasowe życie mają matkę na wyciągnięcie ręki. Pracę fizyczną mam za sobą, za sobą zostawiłam też błędne, podejmowane w młodości decyzje. Przemyślałam swoje życie i poukładałam priorytety i pragnienia. Wiem, co chcę robić dalej i będę do tego powoli i spokojnie zmierzać. We własnym tempie, bez presji.

Jestem szczęśliwa.

niedziela, 26 stycznia 2014

Rzecz o spodniach

Nie rozumiem kompletnie dlaczego producenci spodni damskich zakładają, ze wszystkie kobiety mają metr sześćdziesiąt pięć i są nisko skanalizowane. Ja mam metr siedemdziesiąt. Jak lewa miarka to wychodzi metr siedemdziesiąt dwa do trzech. I nie jestem nisko skanalizowana. W związku z tym jak potrzebuje kupić sobie spodnie to albo płace za nie jak za zboże albo nadwyrężam sobie nerwy przymierzając tysiące par sięgających mi nad kostkę. Przy odrobinie szczęścia, kiedy w danym sklepie jest podział na "long" i "regular", i uda mi się mój rozmiar znaleźć w wersji "long" - za kostkę. A ja potrzebuję, żeby mi się spodnie o buty opierały, taka jakaś zboczona jestem. A najlepiej, żeby się po ziemi targały. A, że chodzę w glanach to może być trudno...

Tak, jest trudno.

W każdym razie postanowiłam kupić sobie bojówki. Bo na koncert idę za 34 (!) dni, a jak wiadomo na koncercie trzeba mieć bojówki, tak jak trzeba mieć też glany albo inne buty nad kostkę, w najgorszym wypadku wysokie trampki i bluzkę na ramiączkach. I arafatkę, albo inne coś na szyję*. Damskich bojówek nie uświadczysz, więc przymierzyłam bojówki mojego męża, oceniłam jaki rozmiar powinnam mniej więcej mieć i poszłam kupić. Męskie.

Kupiłam. I doznałam olśnienia. Bo one mają dobrą długość, wiecie? **


No i po co ja się tak męczę? Po co szukam spodni w sklepach z damskimi ciuchami? Męskie spodnie są tańsze, nie trzeba wybierać między biodrówkami a modelami "super super super skinny", w których leginsy to szczyt luzu wokół łydek, tylko można kupić zwyczajne, z normalnym stanem i prostymi nogawkami, a do tego każdy rozmiar ma trzy długości do wyboru!

W związku z tym postanowiłam kupować spodnie TYLKO w sklepach z ciuchami dla facetów. Czy to znaczy, ze jestem genderowcem?

_________________
* Bojówki dlatego, że ciężko skacze się z torbą skacze, a gdzieś trzeba schować telefon, klucze, portfel i tym podobne. Buty, żeby nogi nie skręcić ani nie zostać zdeptanym, nawet jak się do młyna nie wchodzi. Chociaż, jak dwóch bijących się kolesi wrzuci cię na barierkę, to spokojnie można mięsień zerwać w łydce. A jak się jest Kokosem, to żeby coś ci się stało nie trzeba ani bijących się kolesiów, ani młyna. W sumie w jej przypadku to niewiele trzeba... Bluzka na ramiączkach i ogólnie ubranie na cebulkę, bo na koncercie jest gorąco zwyczajnie. Arafatka, żeby nie przeziębić nadwyrężonego gardła.
** Piękny kurz mam na podłodze. A dziś tam zamiatałam, przy niedzieli. Nie opłaca się, już nie będę.

piątek, 10 stycznia 2014

Jakaś nerwowa jestem dziś...

Jestem chrześcijanką.
Zielonoświątkowcem.
Co niedzielę wstaję o szóstej rano, wychodzę z domu o 7.15 i jadę dwoma pociągami i autobusem albo pociągiem i metrem, przez półtorej godziny, po to, żeby zdążyć na nabożeństwo o 9.30 na zupełnie innym końcu Londynu. Jakby ktoś miał wątpliwości, Londyn jest dużym miastem.
Na tym nabożeństwie, które trwa dwie godziny, nie stoję w ławce i nie drapię się po głowie czekając na koniec, tylko najpierw usiłuję brać udział w uwielbianiu, podczas gdy mój mąż gra w zespole, a ja muszę zapanować nad dwójką małych dzieci, tak, by jednocześnie nie przeszkadzały innym i były obecne, bo uważam, że przychodzenie do kościoła z dziećmi a potem wysyłanie ich do salki, żeby się pobawiły mija się z celem, a potem na kazaniu prowadzę zajęcia dla dzieci przedszkolnych. Nie są to zajęcia typu "pobawimy się w balonika i polepimy z plasteliny" tylko prowadzę regularną lekcję biblijną, którą najpierw w domu muszę przygotować od podstaw, bo nie dysponuję podręcznikiem - mam jedynie Biblię.
Dlaczego to robię? Po potrzebuję społeczności, bo wierzę w Boga, bo to kocham.

Czy jestem przez to lepsza? Nie mnie oceniać. Czy daje mi to prawo to napiętnowania grzeszników? Nie, bo sama jestem grzesznikiem. Chociaż żyję w związku heteroseksualnym, nie dokonałam nigdy aborcji, nie kradnę w sklepach, płacę podatki i nie spałam z moim mężem przed ślubem - mam swoje za uszami.

Bo "nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni". I, bo najpierw wydłubujmy źdźbło ze swojego oka, zanim się za belki w cudzych oczach będziemy zabierać.

poniedziałek, 30 grudnia 2013

Pseudochrzescijańskie filmiki na YouTubie.

Spotkałam dziś na facebooku filmik pod tytułem JAHUSZUA ha MASZIJACH: Znaczenie Prawdziwego Hebrajskiego Imienia SYNA BOŻEGO [Jezusa]; Amightywind.

Tytuł jest podlinkowany, ale szczerze nie polecam tego oglądać. A wkurzyli mnie na tyle, że postanowiłam podzielić się moim skromnym zdaniem.

Po pierwsze fakty: błędy rzeczowe! W języku hebrajskim na końcu wyrazu nie może występować CH - nie ma więc takiego słowa jak RUACH. Drugi błąd - (14:14) który list do Tymoteusza? Są dwa. Sprawdziłam oba, żaden z tekstów nie pasuje do wyciągniętego wniosku. Te błędy powodują utratę wiarygodności.

Amightywind jest wpisane na listę sekt.

 Poza tym co chciał osiągnąć autor filmu podkładając muzykę z gatunku dark ambient, która w założeniu ma działanie na podświadomość powodując strach, stany lękowe, agresję; ma działanie depresjogenne? To jest przekaz podprogowy, a to jest nielegalne.

 26 minuta - Jesus Miranda jest po prostu guru sekty i jest to powszechnie wiadome, nie rozumiem ekscytacji. Imię Jesus jest imieniem popularnym w Ameryce Południowej, tak jak imię JEHSZUA było popularnym w Palestynie na początku naszej ery, nie tytlko Zbawiciel miał tak na imię.

 Po drugie moje wnioski i spostrzeżenia:

 Z tego co wiem, to zanim nastąpi koniec świata to Biblia ma być przetłumaczona na wszystkie języki, tak, żeby każdy mógł ją przeczytać w swoim języku ojczystym. To nie islam, żeby Bóg rozumiał tylko jeden język i żeby tylko w tym języku można było się z nim porozumieć. Bóg jest wszechwiedzący i zna zasady gramatyki i ortografii wszystkich języków świata. Bóg wybrał sobie człowieka, który go miłował i był mu posłuszny, Abrama. To jakim językiem on akurat mówił nie miało większego znaczenia, ale jego serce. Zresztą, Bóg jest starszy niż język hebrajski, który według Biblii powstał wtedy kiedy i inne języki, czyli pod wieżą Babel.

Bóg w Biblii nie podaje swojego imienia. JAHWEH nie jest imieniem ale określeniem istnienia Boga, który nie musi mieć imienia, bo jak wiemy - jest tylko on jeden. I właśnie to oznacza to słowo - jestem. Przez cały film podkreśla się, że szatan boi się imienia Boga, a w minucie 20 wspomniano, że szatan odpowie "oto jestem" - czyli co, do Żydów powie JAHWEH? Nie będzie się już bał? A co z narodami, które z natury nie wymawiają głoski H? Umrą, bo nie będa umieli powiedzieć JEHSZUA i będą mówili JESZUA? Jeszcze kwestia modlitw niedocierających do Nieba z powodu używania złego imienia - kobieta uzdrowiona z krwotoku, wspomniana w Ewangelii nie używała żadnego imienia, tylko wierzyła. Nie imię powinniśmy czcić, ale OSOBĘ.

A w sprawie czasów ostatecznych - z tego bo wiem, Bóg jest niezmienny. Czemu więc według autora pozwalał dotychczas na stosowanie imienia Jezus Chrystus (przy czym Chrystus to nie imię ale funkcja, o czym autor filmu zapomniał) a później ma niby zmienić zdanie i już nie pozwalać? Bóg to nie chorągiewka na wietrze. Co ma do rzeczy to, że antychryst będzie używał imienia Jezus - przecież Bóg patrzy na serce człowieka, nie musimy nawet wypowiadać słów, żeby wiedział czy zwracamy się do Niego czy do jego przeciwnika. Kościoły niedzielne mają być narzędziem szatana? Teraz jeszcze nie są ale będą? Bóg jest złośliwym starcem, który w sobie tylko znanym terminie - przecież nie znamy dnia ani godziny końca - przełączy guzik i każdy do tej pory Boży kościół stanie się kościołem czczącym diabła, a kto pójdzie do niego nawet nieświadomie (19:06) zostanie skreślony z Księgi Żywota? No coś mi tu śmierdzi.

Podsumowując - ten film nie ma na celu nic dobrego. Nie ogłasza zbawienia, ale sieje strach wnikając w podświadomość Bożych Dzieci. Jest zrobiony tak, żeby pod przykrywką obietnicy zbawienia zniechęcić do chodzenia do kościołów, w których naprawdę można usłyszeć Boże Słowo. Strach jest narzędziem szatana a ten film właśnie na strachu się opiera. Poza tym jest nielogiczny i niebiblijny, ale przyznaję, dobrze zrobiony. I to jest własnie w nim najgorsze - bo może zwodzić, więc apeluję, żeby odpuścić sobie oglądanie, jedyne co możecie z niego uzyskać co prawdziwe zwiedzenie i koszmary w nocy.

W nawiasach podałam czas, w którym na filmie poruszane są dane kwestie.

wtorek, 24 grudnia 2013

Wesołych :)

No i są wreszcie!

Sałatki zrobione, serniki upieczone, śledzie czekają w lodówce? Prezenty zapakowane?


Życzę Wam, żeby było dobrze. Tak ogólnie, żeby Wam było dobrze w życiu. I szczęśliwie. I wesołych!


piątek, 15 listopada 2013

O ambicjach, czyli obrona Peppy

Przeczytałam ostatnio notkę na blogu jednej Pani. Jedna Pani jest matką okołorocznego chłopca i od niedawna puszcza mu bajki. Miała zamiar karmić dziecko starymi bajkami typu Bolek i Lolek, Reksio i Przygody Baltazara Gąbki, ale jej dziecko reaguje na nie płaczem, bo nie podoba mu się muzyka. Za to z niewiadomych przyczyn upodobała mu się Świnka Peppa, czego mamusia kompletnie nie rozumie, prawdopodobnie dlatego, że nie jest dzieckiem*...

Jeszcze jedno, bardzo ważne - Pani nazywa te stare bajki, które chciałaby  puszczać swojemu synkowi ambitnymi.

No i naszła mnie taka refleksja - co sprawia, że te bajki są ambitne? To, że są stare i polskie/rodem z bloku wschodniego? To, że my - dzisiejsi rodzice - oglądaliśmy je w dzieciństwie? To to się nazywa sentymentalne, a nie ambitne! Kiedyś, już jako dorosła, obejrzałam Makową Panienkę - normalnie chyba w życiu nie widziałam nudniejszej bajki! A jako dziecko byłam nią zachwycona...

Moje dziecko ogląda bajki i stare, i nowe. Uwielbia Bolka i Lolka, Sąsiadów, ale też Peppę, Pocoyo, Myszkę Miki i jego przyjaciół, i Małego, hałaśliwego lewka Raa Raa. Ba, ogląda nawet Teletubisie i Dobranocny ogród! To dopiero bajki bez ambicji i w ogóle bez sensu!

Osobiście nie wiem na czym polegają ambicje Baltazara Gąbki, bo go nie lubię. Reksio jest zwyczajnym, przyjaznym pieskiem, nie mniej i nie bardziej sympatycznym niż lew Raa Raa albo Pocoyo. Bolek i Lolek są fajni, ale szczerze powiedziwszy mniej wychowawczy niż na przykład taka Peppa - w odcinku pt. Sportowcy najpierw całe rano Bolek dokucza Lolkowi i się z niego naśmiewa, a potem z pomocą nieuczciwego wuefisty Lolek wygrywa w zawodach sportowych między chłopcami... W Peppie takie brzydkie zachowania są nie do pomyślenia...

Więc o co chodzi? O to, że te bajki zachodnie są? Że nasze polskie i czechosłowackie lepsze, bo niekomercyjne? Bo nie można kupić koszulki z Reksiem, a jak już to tylko w niszowych sklepach internetowych typu "Magia PRL-u"? Jak tak, to to też się nie nazywa ambicja tylko ksenofobia...

Ambitną kreskówkę znam jedną. Taką, w której puszczają dzieciom muzykę klasyczną i pokazują arcydzieła wielkich twórców. Nazywa się Mali Einsteini i jest produkcji Disneya.

_______________
* Ja rozumiem to upodobanie, osobiście Peppę uwielbiam, oglądam z dzieckiem wszystkie nowe odcinki. Ale koniecznie po angielsku, tłumaczona na polski traci wiele.

czwartek, 1 sierpnia 2013

Postanowienia nie-noworoczne i apel

Ogólnie z postanowieniami noworocznymi u mnie jest tak, że ich nie ma. Nie robię postanowień, bo nie chce mi się ich na siłę wymyślać na niwy rok. A jak już coś wymyślę  to nijak się to ma czasowo do Nowego Roku.

Dlatego postanowienia nie-noworoczne.

Plan jest taki, żeby w urodziny wyglądać dobrze. Samo zrobi się tyle, że akurat do tego czasu włosy urosną mi do mojej ulubionej długości. Ja muszę zrobić za to coś, żeby schudnąć - najlepiej do wagi sprzed obu ciąż. Jak na razie jestem na diecie miesiąc i schudłam 4,5 kg. Dało mi to wagę przedlusiową. Do wagi przedwojtusiowej jeszcze trochę mi zostało, ale obiecujące jest to, że tyłek mieści mi się w spodnie z czasów liceum :P Jest nadzieja, zważywszy na to, że właśnie tyłek mam największy :)

Do tego dochodzi jeszcze domowe spa, w postaci m.in. olejowania włosów i szczotkowania ciała na sucho. Oprzyrządowanie mam już dawno, ale jakoś kiepsko u mnie z regularnością. No i to jest to postanowienie - regularnie używać!

Zobaczymy co mi z tego wyjdzie i czy faktycznie będę w urodziny (26 października) wyglądać dobrze - w swoim mniemaniu.

Jak na razie kupiłam sobie pierwsza w życiu torebkę dla kobiety, a nie dla punka - to też jakaś zmiana.

A dziś jest Dzień Karmienia Piersią. Ja karmię. Również publicznie. A wczoraj przeczytałam to i podpisuję sie pod tym rekami i nogami. Stąd apel do matek karmiących:

Karmcie sobie gdzie chcecie, ale róbcie to ze smakiem. Proszę. Zróbcie to dla siebie - jeśli chcecie, żeby inni traktowali was jak kobiety a nie jak dojne krowy to się odpowiednio zachowujcie. I nie jest argumentem, że jak nastolatki chodzą w przezroczystych bluzeczkach bez stanika to jest dobrze, a już matka karmiąca to źle. Jak taka w przezroczystej bluzeczce lubi być traktowana jak obiekt seksualny to niech tak chodzi. A jak tego nie chce to tak chodzić nie będzie. I analogicznie jest z karmiącymi - można karmić - nawet publicznie - dyskretnie, a można... No, powiedzmy, niedyskretnie, bo już nie będę bardziej dosłowna.

sobota, 27 lipca 2013

O gotowaniu

Refleksje mnie naszły przy zmywaniu. Konkretnie przy myciu deski do krojenia. Zielonej. Tak ją myłam i myłam, i myślałam o tym, że wczoraj wieczorem kroiłam na niej łososia, a dziś paprykę i, że Rela by mnie pokrzyczała, bo nie wolno kroić warzyw na tej samej desce co kroi się ryby albo mięso... Tak jej powiedział koszerny kolega i tak ją nauczyli w szkole. Na lekcjach gotowania. I tu mnie naszła refleksja.

No bo tak: ja gotować umiem. I kocham to robić. Jak każdej dobrej kurze domowej największą przyjemność sprawia mi karmienie moich bliskich! Nie no, ostatnie zdanie było żartem, ale poważnie lubię gotować i lubię jak tym, dla których gotuje to smakuje. I jak Rela na wiadomość o tym, że do nich przyszłam pyta: "Jest Mila? To zrobi placek pasterski?" też lubię. Miłe to jest. (Chociaż ostatnio dawno placka pasterskiego nie było, bo to tłuste paskudnie, a ja się odchudzam, więc nie będę sobie diety sabotować.)

Wracając do tego, że umiem - nauczyłam się od Musi i od Paulinki (wszak młodsza od niej jestem 11 lat, to ona umiała wcześniej), tak jakoś, przy okazji. No bo jak byłam w domu w trakcie przygotowania obiadu to automatycznie w tym przygotowaniu pomagałam. I patrzyłam na to co się robi. No i się naumiałam. A potem jak już nie mieszkałam z Musią to jak potrzebowałam coś zrobić, czego jeszcze nie robiłam, to dzwoniłam do niej i mi przez telefon/skype tłumaczyła. I robiłam, często kombinując tzw. na Babcię Danielę*, ale z lepszym niż ona skutkiem, szczególnie przy pieczeniu :) Książek kucharskich mam kilka. Nawet czasem z nich korzystam. Dwie, autorstwa panny Dahl, kupiłam, bo były ładne, inne i z sentymentu dla nazwiska. Jedną z powodu nazwy - Reggae Reggae Cook Book. Jedną dała mi moja Siostra, bo nie używała. Taką z podstawami. Ja używam jej głównie po to, żeby czytać pięć różnych przepisów na to samo i wyciągać z tego średnią, czyli przepis własny. Ale są tacy co nie umieją. Takie dziewczyny, którym mama mówiła "ty mi nie musisz pomagać, ty się musisz uczyć!" I potem one w swoich postanowieniach typu "30 rzeczy do zrobienia przed trzydziestką" piszą: nauczyć się gotować. Albo serwują swojemu dwumetrowemu i stukilowemu mężowi arbuza na obiad**.

A na przykład Rela, która ma aktualnie lat 14 i chodzi do szkoły będącej tutejszym odpowiednikiem gimnazjum i liceum w jednym, wraca do domu około 17. I czy ona ma szansę popatrzeć na to jak gotuje jej matka albo jej pomóc? Nie ma, bo nikt normalny nie zaczyna robić obiadu o 17. O tej porze to już często jest po obiedzie, albo jedzą obiad Ci, którzy właśnie wracają z różnych miejsc... No i jak taka matka ma dziecko nauczyć gotować - nawet jak umie? Na szczęście tutejsze szkoły mają w programie lekcje gotowania. I czternastoletnie dziecko (nie tylko dziewczyna!) potrafi ugotować obiad z sałatką i  upiec ciasto na deser. I różne inne rzeczy kuchenne umie. I wie, że do każdego rodzaju żywności powinna być osobna deska do krojenia, czym truje rodzinie różne części ciała - po to, żeby się nie truli.

I ja tak sobie myślę... Podobno tu jest okropny poziom nauczania, a w Polsce to taki strasznie wysoki. Tylko powiedzmy sobie szczerze: czy nie bardziej człowiekowi w dorosłym życiu przydaje się wiedza z zakresu przygotowywania żywności niż znajomość wszystkich rzek Europy z umiejscowieniem, czego uczy się w polskiej szkole?

___________
* Babcia Daniela to mamusia mojej Musi. Jak piekła ciasto to brała przepis i robiła tak: "ileśtam śmietany... A to damy mleko. Kostka masła... Nie mam masła, może być margaryna." I jak jej ciasto wychodziło kiepskie to stwierdzała, że przepis do niczego :)
**autentyczne...

sobota, 4 maja 2013

To mnie nie dotyczy!

Przyznaję, że zdarza mi się czytać blogi o których Lucy napisała "typu: dzisiaj były trzy kupy, zjadłam krakersa, żeby mieć pokarm, ale czas się odchudzać, wczoraj wieczorem, zrobiłam (i tutaj lista)".

I zawsze myślałam, że one przesadzają. One - czyli te matki, którym wszyscy robią wbrew. Te, którym wszyscy udzielają super dobrych rad (matki, teściowe, babcie na ulicy) i te, których się czepiają, bo karmią dzieci na widoku. Bo przy Wojtusiu nigdy nie się coś takiego nie zdarzyło. Pomijając opinię mojej teściowej o wsadzaniu dziecka do kojca (trochę popłacze i się przyzwyczai), która zwyczajnie olałam - w życiu mnie nic takiego nie spotkało.

Do przedwczoraj.

Pojechaliśmy po wózek dla Lusi, bo wózek powojtusiowy spotkała przykra niespodzianka. Duże centrum handlowe, sklep z artykułami dziecięcymi, Lusia w chuście, bo wózka brak. Głodna. Wiec ryczy, bo należy do dzieci głośno dopominających się swoich praw i matczynych obowiązków. Wychodzę przed sklep w poszukiwaniu jakiejś ławki, coby ją nakarmić. Ławki nie ma w promieniu kilkudziesięciu metrów, więc siadam na schodach - bo akurat są blisko. I karmię. Wtedy jak strażnik sprawiedliwości pojawia się ONA. Pani-tam-pracująca. Po zmianie, bo w płaszczu. Nie, żadna ochrona - szeregowy pracownik innego sklepu. I mnie napomina, że nie powinnam tu karmić, bo siedzenia na schodach jest niebezpieczne. Ok, prawda - ale tu nie ma gdzie usiąść! Powinnam według niej iść na trzecie piętro (jestem na parterze) i nakarmić dziecko w przewijalni. Nie, nie chodzi o pokój do karmienia - w tamtym centrum handlowym go nie ma. Chodziło o przewijalnię, dokładnie. No szlag mnie trafił. Nie ma różnicy czy myjemy dziecku tyłek z kupy czy dajemy jeść? Czy ona jada w kiblu?

No, nie poszłam. Ba, nawet karmienia nie przerwałam. Ona musiała sobie pójść.

Wracamy do domu. Autobus, dosyć pełny. Ja i Musia siedzimy obok miejsca na wózki, Lusia w wózku, Żuru stoi koło wózka, Wojtuś na moich kolanach. Godziny szczytu, ktoś użył klaksonu. Lusia się wystraszyła i zaczęła płakać. Żuru usiłuje ją zagadać, ale ona płacze dalej. W tym momencie przychodzi Ciocia Dobra Rada, niemalże przechodzi nad Żurem i też zaczyna zagadywać Lusię. W międzyczasie Musia wychodzi z autobusu, bo idzie do Paulinki, nie do nas i płakać zaczyna Wojtuś, bo mu babcia zwiała. Czyli mamy dwoje płaczących dzieci, z tym, że nie jest źle, bo każde dziecko ma jednego rodzica. Na co Ciocia Dobra Rada zaczyna wrzeszczeć (dosłownie), że gdzie jest matka tego dziecka (Lusi), że trzeba ją przytulić (fajnie, tylko jak to zrobić jak jedno z rodziców - to które siedzi - ma na kolanach drugie płaczące dziecko, a drugie stoi w dość pełnym autobusie i zwyczajnie nie jest zbyt bezpiecznie wyciągać z wózka miesięcznego niemowlaka) i zaczyna mi podnosić dziecko. Przytrzymałam. Lusia wystraszona przez ciocię płacze jeszcze bardziej. A potem miałam do wyboru zabić albo wyjść z autobusu. Wyszliśmy. Przy wyjściu dowiedzieliśmy się, ze z tak małym dzieckiem nie powinniśmy w ogóle wychodzić z domu.

Postaliśmy chwilę, poprzytulaliśmy płaczące dzieci, ponieważ było zimno założyliśmy Lusi na głowę rożek białego kocyka ( w resztę była zawinięta), wyglądała jak członek Ku Klux Klanu, stwierdziliśmy, że może się z Ciocią rozprawiać (bo Ciocia murzynka).

Poszliśmy po chleb jeszcze. W sklepie Lusię nakarmiłam i wsadziłam do wózka. Już nie płacze. Ale potem Lusi się przypomniało, że ją Ciocia wystraszyła i znów zaczęła płakać. Wiec wkładam ją z powrotem do chusty, zawsze jak się przytuli to spokojniejsza będzie. Na co pojawi się następna Ciocia Dobra Rada i radzi, żebym poluzowała chustę i karmiła dziecko podczas chodzenia. Nie, dziękuję.

Ja naprawdę myślałam, że te wszystkie młode matki zmyślają. No niestety, mają rację. Mea culpa.