piątek, 16 października 2009

środa, 14 października 2009

Garderobiana part II - muszę sobie kupić buty...

To straszne. Potworne wręcz i koszmarne. Muszę sobie kupić białe buty. A białe buty to zuo totalne.

A miało być tak pięknie... Miałam iść do ślubu w butach zielonych. Już nawet takowe kupiłam. Prześliczne. Płaskie, bo narzyczony niewielkich rozmiarów jest... Albo może ja jestem wielkich rozmiarów, w każdym razie jest ode mnie całe trzy centymetry wyższy. Zatem muszę mieć płaskie buty. No i kupiłam - przepiękne, płaściutkie, zieloniutkie pantofelki. Ale niestety. Suknię sobie potem znalazlam taką, że nikaj tych zielonych założyć nie mogę. I dupa. Trzeba było zostać przy pierwszej wersji sukni - wtedy by pasowały. Ale zachciało mi się spełniania licealnych marzeń...

No i teraz zielone buty nie przejdą. Muszę sobie kupić białe. I do tego na jak najmniejszym obcasie. I muszą być ładne. I jest to awykonalne.

Śni mi się to po nocach. Ostatnio śniło mi się, że szukam tych butów razem z moją siostrą. I nawet znalazłam, bardzo ładne, ale nie było białych, były tylko ecru. I nie chciałam ich kupić, więc sprzedawczyni powiedziała, że jak nie kupie to musze kupić trzy pary klapków - jedne żółte, jedne czerwone, jedne zielone. I tak dobrze na tym wyszłam, bo klapki każde kosztowały 20 zł, czyli razem 60, a te ślubne 130 zł. No ale szukałam dalej i poszłam nawet do sklepu z używaną odzieżą, bo stwierdziłam, że zawsze moge przemalowac jak baglady, ale tam były tylko glany i szczegółowy cennik dotyczacy tego za ile się glany skupuje - zależnie od koloru i stanu sznurówek. Kiedy w następnym sklepie przywitała mnie pewna nielubiana przeze mnie znajoma, studiująca chemię, a nie sprzedająca w sklepie, stwierdziłam, że to już przesada. Na szczęście się obudziłam.

Białe buty to zuo totalne. Już to mówiłam?

Złota polska jesień

Październik jest. Taki piękny miesiąc. Lubię październik. Mam na przykład urodziny w październiku. I rocznicę. I w ogóle jest fajnie. I są ładne kolorowe liście na drzewach. I świeci słoneczko...

Wróć.

Jakie słoneczko? Sądząc po pogodzie to mamy koniec listopada a nie piękny październik! Gdzie jest złota polska jesień? No gdzie?

Moja Siostra mówi, że na emigracji. Znaczy w Londynie. Mają 15 stopni i słoneczko. Coś mi się to nie zgadza ze słynną londyńską pogodą... Chyba faktycznie złota polska jesień wyemigrowała na wyspy...

wtorek, 6 października 2009

Decyzje

Mam 22 lata.
Od czterech lat posiadam czynne prawo wyborcze.
Od roku bierne prawo wyborcze.
Mam za sobą jakieś doświadczenia - związane z edukacją, pracą, emigracją, kościołem, zajmowaniem się dziećmi, zajmowaniem się domem i inne. Przeróżne.
Mam też za sobą doświadczenia związane z relacjami międzyludzkimi.
Mam również za sobą czas, w którym podjęłam jakieś decyzje, które będą rzutować na całe moje życie. Tak to już skonstruowane, że człowiek najczęściej takie decyzje podejmuje około dwudziestki, o ile tylko jest na nie gotowy. By być na nie gotowym trzeba w jakiś tam sposób dojrzeć. Więc biorąc pod uwagę, że je podjęłam i mam świadomość ich wagi mogę o sobie powiedzieć, że w jakimś stopniu jestem dojrzała. Oczywiście dojrzała stosownie do wieku - nie uważam, że moja dojrzałość jest na równi z dojrzałością zdrowej umysłowo osiemdziesięciolatki.

W związku z moimi doświadczeniami, które wiążą się z moimi decyzjami doszłam dziś po raz kolejny do wniosku, że słowa "przyjaciel" należy używać ostrożnie i odpowiednim szacunkiem, jak również, że trzeba odpowiedzieć sobie na jedno zajebiście, ale to zajebiście ważne pytanie: co lubisz robić? A potem zacząć to robić.

I to jest ważne.

A ja jestem szczęśliwa. Niezależnie od tego, że ktoś może uważa, że jestem idiotką, jestem szczęśliwa. Jestem zatem szczęśliwą idiotką i każdemu życzę takiego szczęścia.

niedziela, 4 października 2009

Mila tnie koszty, czyli zaproszenia.

Odkryłam wynalazek! Wynalazłam odkrycie!*

Ślub jest wydarzeniem kosztownym, tak? Tak.

Ale to nie to jest to odkrycie i ten wynalazek.

Wydaje się tyle, że choćby wszyscy goście przyszli z niepowtarzającymi się, wymarzonymi prezentami to i tak się nie zwróci. No ale trudno, żeby ktoś ponosił koszty mojej sukni ślubnej, skoro nie ma mnie w dowodzie (ups... W nowych dowodach już tego nie ma... Lepiej nie przypominać rodzicom.). No ale mimo tego, że mi tych kosztów nie zwrócą to jednak ich zaproszę. Bo ja tych moich przyszłych gości to nawet trochę lubię.

Tyle, że przy kosztach monstrualnych, zwanych inaczej ślubnymi należy zaopatrzyć się w nożyczki. Im większe tym lepiej.

Ja się zaopatrzyłam. I dziś na przykład policzyłam, że własnoręcznie wykonane zaproszenia, do których potrzeba mi dwóch stempli, papieru wizytówkowego, dwóch kolorów tuszów, drukarki, papieru ksero, trochę gustu i odrobinę weny twórczej będą mnie kosztować 4 razy mniej niż robione na zamówieni i 2 razy mniej niż kupione do wypisania. I przynajmniej będę miała takie jak chcę. Aha!

Miałam wprawdzie zamiar dać moim teściom najbrzydsze zaproszenie, jakie tylko znajdę, takie z gołąbkami, różyczkami i złoceniem, ale... Ale niech znają łaskę pana, też dostaną takie co zrobię.


*Kto wie co to?

sobota, 3 października 2009

Garderobiana part I - jak się kupuje suknię ślubną.

Jeśli chcesz zakupić suknię ślubną to najlepiej od razu wykreśl dzień na to przeznaczony z kalendarza, albo i nawet z życiorysu, bo nic innego nie dasz wtedy rady jeszcze przy okazji zrobić. Jak wstaniesz rano i pójdziesz tak wrócisz z zamknięciem saloonów, znaczy salonów mody ślubnej.

Na pewno w jakimś saloonie cię zignorują. Znaczy pani pokaże ci, a i owszem, gdzie leżą katalogi, ale potem sobie pójdzie. I żebyś nie myślała, że pójdzie zająć się innymi klientkami - o nie! Pójdzie raczej na zaplecze albo pogadać z mężem. Potem jak będziesz wychodzić łaskawie powie ci "do widzenia". I tyle. Ciesz się, jeśli będzie tak tylko w jednym saloonie.

Potem może w następnym, po obejrzeniu katalogów ( w których nic nie będzie), znajdziesz jedną, góra dwie suknie, które ewentualnie cię zainteresują. Należy zauważyć, że nie będą to suknie, które bardzo ci się podobają, jedynie takie, które ewentualnie mogłyby być, jak nic innego się nie znajdzie. Może nawet pani podejdzie do ciebie, ale na pewno żadnej z tych sukien nie będzie, hahaha.

Znaczy chodzi po prostu o to, że jeśli na własnym ślubie nie chcesz wyglądać jak beza to sobie saloony daruj. Jak chcesz to musisz mieć kilometr w biodrach, wzrost krasnala i czarny stanik. Inaczej nie przejdzie. I koniecznie, prócz bezowatych sukien przymierzaj najbardziej sterczące welony. Ślicznie.

Szczęśliwie moja mamusia, zwana dalej Musią, tuż przed wyjściem do saloonów kazała niedoszłej pannie młodej czyli mnie zmienić stanik na biały. Notabene wzięła mnie z zaskoczenia, bo ja tam wcale nie jechałam żadnych sukien przymierzać! Ja tylko miałam zamiar zorientować się w welonach! I nawet bym się w tych welonach nie zorientowała, gdyby nie to, że po dwóch saloonach Musia się wkurzyła i w trzecim powiedziała bardzo przedsiębiorczej pani Ewie, że potrzebuje sukni o kroju koszuli nocnej. W ogóle nie rozumiem dlaczego jej tak powiedziała - przecież ja chciałam ładną suknię, wcale nie jak koszula nocna, tylko, że ładnych nie ma...

Pani Ewa kazała mi przymierzać różne rzeczy mówiąc jednocześnie, że można zrobić co sobie tylko wymyślę łącząc dowolnie doły i góry poszczególnych sukien z katalogu (jakie to szczęście, że jednak zmieniłam ten stanik na biały...), chwilami różne inne panie sznurowały mnie w tych sukniach tak, że nie mogłam oddychać ("no ja sznuruje mocniej, bo mam tu jeszcze miejsce..." Miała, bo z każdym zaciągnięciem sznurka brałam oddech a w związku z tym coraz bardziej wciągałam brzuch - w efekcie układ pokarmowy zgniótł mi płuca), chwilami patrzyłam ze zgrozą na dziewczynę przymierzającą suknie obok, chwilami awanturowałam się, że mi się wszystko świeci, a nie powinno - ogólnie było zabawnie.

Ale nie zniechęcaj się panno młoda - zawsze się może okazać, że Wielka Duchem Pani Ewa, chcąc pokazać ci coś - w tym wypadku część rękawa - pokaże ci suknię, którą zachwyciłaś się jakieś pięć lat temu widząc ją na zdjęciu reklamowym umieszczonym na firmowym samochodzie. I jednak będziesz mieć wymarzną suknię ślubną. A przy okazji się zabawisz :)

piątek, 2 października 2009

No!

Jestem stara. Mojej starości nie liczy się wiekiem, albowiem mam jedyne 22 lata, ale zdarzeniami. Ostatnim zdarzeniem, które świadczy o tym, żem stara jest to, że wychodzę za mąż.

Bo to takie poważne. Na przykład wczoraj kazano mi podpisać oświadczenie, że nie mam choroby psychicznej i że za pół roku będę się nazywać na "Be". No to chyba to poważne, nie?

Ale ja nie zamierzam spoważnieć Zamierzam się tu trochę ponabijać z tego wszystkiego co mnie podczas przygotowań spotka. Głownie z innych takich co ślub biorą, ale z siebie też.

No dobra. Przyznam się. Rajcuje mnie to. No cóż zrobić...