piątek, 11 lipca 2014

Grzebnie

Wojtuś: To mój grzebień.
Mil: Tak, twój. Chodź to cię pogrzebię...
Paulinuś: Za dużo Gry o tron...

czwartek, 10 lipca 2014

Godzina duchów

Przed chwilą dostałam maila od kogoś, kogo ostatni raz widziałam jak miałam może 8 lat... Czyli prawie 20 lat temu.

Od kogoś, kto wyjechał wtedy do Stanów Zjednoczonych, co ja, małe dziecko, strasznie przeżyłam, choć widywałam tego kogoś jedynie raz w roku. Ale ten wyjazd zwiastował to, że już nigdy się nie spotkamy.

Ten ktoś był dla mnie zawsze niedoścignionym wzorem.
Ten ktoś - prawdopodobnie nieświadomie - uformował w pewnym stopniu to kim dziś jestem.
Ten ktoś, choć jak najbardziej realny, wydaje mi się być zupełnie z innego świata.

Popłakałam się ze wzruszenia, jak przeczytałam tę wiadomość. Przeczytałam, że mnie pamięta, że postara się wesprzeć, że się cieszy i że się o mnie modli. Teraz boję się odpisać, bo nie wiem czy nie zniknie!

Ten ktoś to Ciocia, która na wczasach rodzinnych, na które jeździłam z moimi rodzicami, prowadziła zajęcia biblijne dla dzieci. Najlepsze jest to, że pamiętam tylko jedne takie! Historię o Jonaszu, podczas opowiadania której stół przykryty ciemną narzutą był wielką rybą, w której brzuchu siedzieliśmy.

To ona mnie zainspirowała.
To ona pokazała mi, że można inaczej niż wszyscy.
To ona pokazała mi, że uczenie dzieci i opowiadanie im o Bogu i Biblii to przede wszystkim wielka radość.
To ona, ośmioletniemu dziecku, zaszczepiła chęć przekazania tego dalej.

A teraz do mnie pisze. Odpowiedziała na wiadomość, którą wysłałam do jej męża, bo na nią nie mogłam znaleźć namiaru. Odpowiedziała i jest realna.

Już nie plasuje się między dziadko-wujkiem Waldkiem, zmarłym gdy byłam w gimnazjum, a Józefowem, w którym spędzałam wakacje od urodzenia do około 9 lat. Jest prawdziwa. Jest tu i teraz.



niedziela, 6 lipca 2014

Zębowo

Gwoli informacji: moje dzieci myją zęby w wannie. Ale wodę do płukania im świeżą daję...

Wojtek (stoi w wannie i szoruje zęby): Już skończyłem!
Mil: Jeszcze z tyłu poszoruj.
Wojtek (odwraca głowę do tyłu, potem patrzy na mnie i pyta niepewnym głosem): Pupę...?

piątek, 4 lipca 2014

Zupa dla Romka

Kiedy jakiś czas temu ugotowałam zupę z soczewicy, okazało się, że jest obrzydliwa. Chociaż mojemu mężowi smakowała... No i w sumie z całej paczki jeszcze dużo zostało, więc dziś, jako, że na obiad przewidziane były naleśniki, a same naleśniki to troszku mało dla mojego męża, to postanowiłam znów poeksperymentować z soczewicą. Efekt okazał się być nie tylko zadowalający, ale też bardzo smaczny, więc jeśli ktoś ma ochotę na potrawę wysokobiałkową, która pachnie bliskim wschodem to zapraszam.

Zupa z soczewicy z orzeszkami ziemnymi i sezamem


Składniki (na 3-4 porcje, chyba że karmisz mojego męża albo ojca, to na 2 góra...)
- 3/4 szklanki soczewicy,
- dwie marchewki,
- dwie cebule,
- dwie łyżki oleju/oliwy,
- dwie łyżki curry,
- 4 łyżki sezamu,
- około 200 g solonych orzeszków ziemnych.

Soczewicę płuczemy na sitku i gotujemy. Według internetów optymalna ilość wody przy jej gotowaniu to dwa razy tyle - objętościowo - co ziaren. Według przepisu na opakowaniu - cztery razy tyle. Ja posłuchałam opakowania. Doprowadzamy ją do wrzenia, uważając, coby nie wykipiała, a potem niech sobie pyrka na wolnym ogniu przez jeszcze pół godziny. Jak zacznie pyrkać dokładamy jej curry i zajmujemy się marchewką.

Marchewkę obieramy i ścieramy na tarce. Dorzucamy do soczewicy. I wlewamy łyżkę oleju/oliwy. I sobie pyrka.

Cebulę kroimy w kosteczkę i podsmażamy. Jak się zeszkli to dorzucamy do niej sezam i orzeszki. I smażymy dalej. Jak się przypali to nic wielkiego się nie stanie, ale wiadomo - lepiej nie przypalać, jedynie przyrumienić.

Po upłynięciu czasu ofiarowanego soczewicy i marchewce, zupę traktujemy blenderem. Za dużo roboty nie będzie, bo i soczewica i marchewka zdążyły się pewnie rozgotować. Ale jako krem wygląda ładniej niż rozgotowana :) 

Podsmażone cebule, sezam i orzeszki wrzucamy do soczewicowego kremu i mieszamy. Możemy trochę zostawić do dekoracji. Bardzo pasuje domowy naleśnik, albo inny podpłomyk.

Smacznego!

Jeszcze o tytule - zupa jest dla Romka, bo Romek bardzo lubi to wszystko co do niej wsadziłam: warzywa strączkowe (soczewicę między innymi), cebulę, sezam i orzeszki ziemne. Wprawdzie Romek tej zupy nie jadł, ale jak przyjedzie to mu ugotuję, na pewno mu będzie smakować! Romek to mój Tate.

środa, 2 lipca 2014

I umarli!

Odkryłam Grę o Tron. Tak, wiem, że późno. Wiem, że książkę Martin zaczął pisać wieki temu, a serial ma już cztery sezony. Ale nadrabiam.

Obejrzałam już półtora sezonu i przeczytałam pół pierwszej książki. Marzę o koszulce z napisem "ubieram się na czarno, bo jestem z Nocnej Straży". A córce najchętniej kupiłabym taką:

Źródło
I jeszcze, razem z moją Siostrą, dyskutujemy o tym kto, prócz Daenerys, będzie latać na smokach.

Aczkolwiek, Gra o Tron ma zgubny wpływ na moją chorą wyobraźnię: 
Idziemy wczoraj ze sklepu. Na podjeździe myjni samochodowej leży rękawica z grubej, jasnoszarej gumy, miejscami ubrudzona smarem. Pokazuję ją Żurowi i mówię:
- Patrz, odmrożona ręka...

A wiecie kto zna zakończenie Gry o Tron, prócz samego autora? Krudowie! Kto pamięta, jakie bajeczki ojciec rodziny przed snem opowiadał?

piątek, 27 czerwca 2014

Mama wraca do pracy vs. Mama zostaje w domu.

Czy wiecie, że po wpisaniu tych dwóch zdań w google, przy drugim wyniki obcojęzyczne zaczynają się już na pierwszej stronie?

Mam wrażenie, że parcie na "mama wraca do pracy" zakrawa już o jakąś paranoję... No bo tak - mama siedząca w domu ze swoim niemowlakiem - normalne. Dwu, trzylatek - jeszcze spoko. Ale pięciolatek? Powinien iść do przedszkola, a mama do pracy. No a już tym bardziej jak dziecko idzie do szkoły. To co ta mama ma jeszcze w domu do roboty?

No i idą mamy do pracy.

Te szczęśliwsze są dziennikarkami, fotografkami, aktorkami, graficzkami, naukowcami - prowadzą swój wymarzony zawód. Te mniej szczęśliwe pracują w szkole albo w korporacji, tak wybrały, ale okazało się to czymś innym niż było w ich głowach. Te nieszczęśliwe pracują w supermarketach, na poczcie i w urzędzie, i marzą o tym, żeby zamiast gąb petentów popatrzeć na własne dzieci, zamiast roznosić listy iść z dziećmi na spacer, a zamiast wypakowywać towary na półki - ponosić maluchy.

Ale jak to nie wracasz do pracy?

Nie wracam, bo nie mam skąd. Będąc mamą nie przestaje się pracować, ani na chwilę. Nie imponuje mi moja przyjaciółka, która pracuje w trybie zmianowym dwunastogodzinnym, bo ona siedzi i odbiera telefony. Chociaż ona w tym czasie ratuje ludzi. Ja pracuję od 6 rano, kiedy moje dzieci wstają, do 8 wieczorem, kiedy idą spać, więc to jest 14 godzin, podczas których posiedzieć mogę nieznaczną ilość czasu. Nie, nie uważam, że ona robi coś gorszego. Ani, że ja robię coś gorszego. Każda z nas robi to co potrafi i co sobie wybrała.

Ale ja tak wybrałam i nie jestem z tego powodu nieszczęśliwa. Jestem przeszczęśliwa! Bo nie muszę. Nie muszę iść do pracy w supermarkecie, żeby czuć się spełniona zawodowo. Nie dostaję do głowy, bo muszę przynosić picie, robić kanapki, prać, sprzątać i robić obiadki. Co jest uwłaczającego w zaprzyjaźnianiu się w piaskownicy i rozmawianiu o tym, co dziecko już umie? Dlaczego zmywanie naczyń po własnym obiedzie jest gorsze niż podawanie obiadów w restauracji?

Moim zdaniem wszystkim sfrustrowanym matkom ktoś wmówił, że to co robią to nie jest praca, tylko jakieś poślednie zajęcie, a one uwierzyły. Tylko nie rozumiem dlaczego.

Następna jest kwestia ogłupiania. Bo jak się siedzi z dzieckiem to się człowiek nie rozwija. No nie wiem... W zasadzie na czytanie książek na przykład to jest więcej czasu. A to rozwijające. To tylko kwestia ustalenia priorytetów i tego co kto uważa za rozwijanie się...

Kiedyś mówiłam o sobie, że jestem wojującą feministką. Nie odżegnuję się od tego, dalej uważam, że feminizm jest ważny i potrzebny. Ale mam wrażenie, że feministki nie walczą z tym, co powinny. Nie mężczyźni są wrogami kobiet, ale inne kobiety. Matki Polki, które muszą pracować zawodowo i jednocześnie mieć wszystko wyprasowane. Panie Wysoko Postawione, które uważają, ze dla kobiety zmywanie naczyń jest uwłaczające, bo kobiety powinny odkrywać i zdobywać. Nieszczęśliwe Ptactwo Domowe, którym nie podobają się ich własne wybory.

Bo prawa wyborcze już mamy. Dostęp do powszechnej nauki już mamy. Możemy chodzić w spodniach i pracować w policji. Ale też nie musimy. Stolica jest już odbudowana, kobiet na traktorach nie trzeba. Nie wychodźmy z założenia, że musimy równać do mężczyzn. Nie musimy, bo nie jesteśmy gorsze. Musiałyśmy prawnie, jak nie miałyśmy praw obywatelskich. Musiałyśmy siłowo, jak mężczyźni zginęli na wojnie. Teraz nie musimy, teraz możemy robić to co zwyczajowo w społeczeństwie patriarchalnym robili mężczyźni. Mamy prawo wyboru. Uświadamiajmy to sobie, a feministki niech uświadamiają innym. Innym kobietom przede wszystkim.

Nie jesteś my gorsze. Nasze córki nie są gorsze od naszych synów. Nasze zajęcia nie są gorsze, od zajęć naszych mężów. Nauki humanistyczne nie są gorsze od ścisłych! Nie walczmy o to, żeby mężczyźni lepiej nas traktowali - zmieńmy swoje nastawianie.

Moja Babcia, a za nią moja Musia miały wiele bardzo przyjemnych powiedzonek. Dowiedziałam się od nich, że kobieta jest po to, żeby leżeć i pachnieć. Że jak się bierze panią to się robi na nią. I, że jak się sama nie uszanujesz to cię nikt nie uszanuje. Bo powiedzmy sobie szczerze - to kobieta dyktuje mężczyźnie jak ma ją traktować. I jeśli z natury jest męczennicą, to będą ją traktować jak ofiarę. A jeśli zna swoją wartość to nikt się nie odważy.

niedziela, 22 czerwca 2014

Gdzie oni są?

Do napisania tej notki zainspirowały mnie moje ulubione kolczyki, które dziś cały dzień noszę. Idąc za inspiracją, zebrałam po całym domu miskę pełną różnych rzeczy... Sentymentalnych drobiazgów:


Kolczyki to Ewelina. Poznana na basenie, w wieku 9 - chyba - lat, przyjaciółka od wakacyjnego obozu w roku 1999. Chociaż kontakty nam się trochę rozrzedziły, nadal przyjaciółka.
List od Poli. Najbardziej poetycki list jaki w życiu dostałam. Przyjaciółka jednego sezonu, ale sezonu intensywnego.

Włóczykij to Kokos. Ruda wariatka, bezpośredni powód mojego małżeństwa, straszna maruda, ale i tak ją kocham.

Wiersz napisany przez Orzecha. Już dawno nie-przyjaciółka, ciągle bolesna historia.

Zaproszenie na ślub Karli. To dziewczyna która zna mnie jak mało kto, a z którą widziałam się dwa razy podczas ośmioletniej znajomości, ostatnio dwa miesiące temu.

Kartka z Hiszpanii od Bena. Wielkie nadzieje, wielkie niezdecydowanie, wielkie błędy i rozczarowania, ale też wielka przyjaźń i wiele godzin rozmów. Było, minęło.

Gniazdko z dredów to Dona. Niedawno obchodziłyśmy dekadę związku opartego na muzyce, jednym mózgu i szalonej miłości.

Szyszka w kształcie róży to mój Mąż - prezent na pierwszą rocznicę ślubu.

Wreszcie obrazek z murzynką i czerwona ławeczka. Moja Siostra, bo siostry są szczególne, szczególnie moja.

Brakuje jeszcze Martyny - przyjaźni intensywnej, czasem graniczącej z nienawiścią, ale ciągle żywej i niesamowicie szczerej. Wszystkie pamiątki po niej zostały w Polsce, nie mam pojęcia dlaczego.

Przydałoby się też coś po Kalinie, ale zupełnie nie mam. To przyjaźń, która - choć wielka - odeszła w niepamięć wcześniej niż zaczęła się większość tu wspomnianych.

W sumie, bilans wychodzi na plus: na jedenaście przyjaźni w moim życiu próby czasu nie przetrwały tylko cztery. Myślałam, że gorzej to wygląda :) Czasem warto zrobić życiowe podsumowanie, od razu człowiek robi się szczęśliwszy.

Dziękuję Przyjaciele. Byli i obecni. Ale bardziej dziękuję obecnym.