wtorek, 12 listopada 2013

Zaległa sobota z dzieckiem: Malujemy!

Tak, farbami. Nie, nie po kartce, kartki są nudne. Ścianę malujemy! Ja i Wojtuś:



Dokładnie to malowaliśmy ramkę dookoła tablicy. Zresztą wcześniej tablicę też Wojtuś malował...


poniedziałek, 11 listopada 2013

Ja nie chcę spać...

Jeszcze mi brakuje tylko, żeby zacząła śpiewać, że chce wędrować.

Od kilku dni Lusia nie śpi. Znaczy śpi mało. I nawet jeśli nie śpi w dzień prawie wcale to i tak wieczorem nie może zasnąć albo co chwilę się budzi.

Teraz na przykład siedzi w krzesełku obok mnie, wcale nie śpiąca i pije wodę z kubka, bo się nauczyła:


Prócz tego umie powiedzieć "mama". Ale nie chwali się tym bez potrzeby...

środa, 6 listopada 2013

Środa kreatywna: Kalendarz

Wpadam na szybko, bo późny wieczór jest, a ja dziś samotną matką byłam i czasu nie miałam na nic, bom pożyczyła męża cudzemu komputerowi. Żebyście nie myślały - z informatyka to On ma tyle wspólnego, że u Niego działa...

Ale do rzeczy - kalendarz miałam zaprezentować. No to prezentuje:


Przepis na kalendarz? Kawałek kartonu malujemy farbą tablicową, na ćwieki przypinamy siedem próbników farb w wybranych kolorach, koniecznie dzielonych na sześć, na czarnym tle kreda piszemy nazwę miesiąca, a na najwyższym poziomie kolorów - dni tygodnia. Potem robimy numerki, zgodzie z obowiązującym kalendarzem. Na próbnikach farb najlepiej pisać markerem do płyt, bo czasem nie łapią zwykłego cienkopisa. I tyle - kalendarz w takim kolorze jak nam się wymarzy, z miejscem na notatki tak dużym jak trzeba. Znaczy jak mi trzeba :)

Jak się miesiąc skończy - próbniki wymienię, na czarnym tle napiszę następną nazwę. Myślę jeszcze, żeby mu jakąż ramkę przyprawić, bo się wygina troszku. Ale jeszcze nie wymyśliłam jak...

No i tyle - teraz sobie zapiszę kiedy mam pisać kreatywną notkę, żeby nie tak na ostatnią chwilę...

wtorek, 5 listopada 2013

Odpoczywam

... Po bardzo, bardzo, bardzo intensywnych czterech dniach.

A wszystko dlatego, że nawiedziła nas niejaka Martyna:


Więc trzy dni* łaziliśmy od rana do wieczora po Londynie, a potem kładliśmy dzieci spać i graliśmy w planszówki i karcianki do nocy.

Gramy w Cytadelę. Powymienialiśmy postacie, bo nam się znudziły podstawowe i gramy między innymi wiedźmą, która ma te zdolność, że może zaczarować każdego i przejąć jego zdolność. Już nam mocno odbija...

Martyna (jest wiedźmą): Czaruję magika, o ile jest...
Mil: Ja jestem.
Martyna: O dzięki Ci, Boże!
Żuru: A wy co? Jedna "ja jestem", druga Bogu dziękuje...
Mil: No jak jestem magikiem... "Jestem bogiem"!
Martyna: Ja też jestem magikiem! Ja też jestem bogiem!
Mil: Jestem pierogiem...

Wczoraj Martyna pojechała, a ja posprzatałam. Dziś dla odmiany prałam i odpoczywałam po tych trzech dniach. Dawno nie zrobiłam tylu kilometrów i tak bardzo nie zarywałam nocek. Poszłam wczoraj spać o 22.00 co mi się nie zdarza!

Odpoczywam też przed... Bo kolejne tygodnie zapowiadają się równie intensywnie. Mam w planach kilka rzeczy i stwierdziłam ostatnio, że jak tendencja się utrzyma to będę musiała kupić sobie kalendarz, taki książkowy. Ale najgorsze jest to, że ja nie potrafię takiego używać... Więc do kalendarza potrzebować będę jeszcze kursu przyśpieszonego pt.: "Jak nie porzucić kalendarza po miesiącu". Na razie zrobiłam sobie kalendarz nabiurkowo/naścienny. Bo niby stoi, ale może też wisieć. Płaski jest i oparłam go o ścianę. Ma odpowiednio dużo miejsca na notatki, ale nie na tyle dużo, żeby stał pusty. Pokaże Wam go jutro. Tymczasem - dobranoc Państwu.

_______________
* Pierwszy dzień też był intensywny, ale nie chodzący. Martyna przyjechała z synem, my mamy swoich dzieci dwoje i jeszcze Niko do nas przyszedł na kilka godzin, bo mu się rodzice z siostra wypuścili gdzieś. A ponieważ Martyna nie spała poprzednią noc, bo jechała i leciała, to w [ewnym momencie zasnęła jak siedziała, a my z Żurem byliśmy szczęśliwymi rodzicami tymczasowymi czwórki dzieci w odstępach dwu-trzyletniech, w tym trzech chłopców. No powiem szczerze - jeśli kiedykolwiek obiła mi się o mózg najmniejsza nawet myśl o dużej rodzinie, to po tym fakcie odpłynęła w niebyt. Stanowczo.

środa, 30 października 2013

Środa kreatywna: Tutu

Jakiś czas temu kupiłam firanki. Firanki miały rozmiar 280 cm na 300 cm. Ale ja tak wysoko w domu nie mam, więc poobcinałam (bo mam za to koty, więc się po podłodze raczej ciągać nie mogły...). A jak poobcinałam to zostały mi cztery kawałki firanki (280cm na 60 cm w przybliżeniu). I zastanawiałam się co z nimi zrobić, aż wszechobecne Halloween mnie natchnęło. Przebierzemy Lulę za dynię, tak na jesień.

Pocięłam firanki (trzy) na paski o szerokości około 5 cm, odmierzyłam gumkę na lulowym brzuszku i tym sposobem zawiązywałam. Dzieci mi dzielnie pomagały - Wojtek owijając się w firankę jeszcze nie pociętą, Lusia podkradając już gotowe paski. Aż zawiązałam wszystkie.




Teraz tylko musimy na pomarańczowo ufarbować i będzie dynia jak malowana. Znaczy jak farbowana. Gabaryty ma odpowiednie.

Gwoli informacji: tutu jest długaśne, ale da się w nim pełzać. Raczkować też się da, bo Luli się znudziło już pełzanie i próbuje raczkowania. Jakby ktoś chciał skorzystać z mojego pomysłu (nie mój wcale, tylko kradziony w internetu, haha) to informuję, że paski o długości 60 cm nadają się nawet na całkiem dużą dziewczynkę, a ucinając gumkę należy wziąć mniejszą, bo przy wiązaniu się strasznie rozciąga, przez co nasze tutu ma nieestetyczny supeł z tyłu, bo stwierdziłam, że nie chce mi się tego nawlekać jeszcze raz. Na szczęście warstw jest duże i się gubi :) Można też wiązać na wstążeczkę i potem zawiązywać na dziecku, to nam da dodatkową ozdobę w postaci kokardy.

wtorek, 29 października 2013

October Spy Day

Lucy zorganizowała zabawę, to się bawimy.

Przed wami mój poniedziałek w obiektywie, a właściwie dwóch, bo czasem nie dawałam rady aparatu wydłubać, więc część zdjęć zrobiona telefonem (mojego Męża, bo mój odmówił posługi, chlip, chlip...)

Leciałam na żywioł - oto co wyszło. Poniedziałek, wiec mój Mąż ma sobotę i w domu siedzi, a ja mam wychodne:

6.29 - Młoda się wyspała, Młody jeszcze nie, ale co z tego... Jakby było odwrotnie zawsze by można puścić bajkę, a tak - nie ma spania matka! Bawimy się! Nieważne, ze ciemno.

7.22 - Szczęśliwie ojciec ma wolne, więc piżamowe potwory oddane mu zostają na przechowanie, a ja odsypiam tę godzinę, w czasie której on bezczelnie nie zauważył nawet, ze jakieś dziecko już wstało.



8.39 - Skończyło się, wstać trzeba. Moje łóżko, w związku ze zmianą zakwaterowania Luli począwszy od dnia dzisiejszego - po raz pierwszy od nie wiem kiedy ładnie pościelone. Tylko poduszki muszę skończyć.
9.47 - Zbieramy się, trzeba przestać być piżamowcem. Lusia zakłada skarpetki.
10.24 - Wojciech w poczekalni u lekarza, pożądane zbilansowanie dwulatka.
11.19 - Wojtuś zbilansowany, spędza dzień z tatusiem, Lusia z mamusią mają wychodne. Wsiadamy w 450 i zbieramy po drodze resztę wychodzących.
13.17 - Po owocnym poszukiwaniu butów szkolnych, dyniowe latte w Starsbucku...
... i precle od Cioci Ani.
14.22 - idziemy po kiełbasę! I serek pomidorowy. I inne rzeczy.
15.31 - I do Lidla. Po proszek do prania. Okazało się, ze nie tylko - dobrze, ze mi Lula zakupy wozi...
Żeby nie było, że sama.
16.13 - Pod górkę do domu. Słońce już nie świeci, znudziło mu się.
16.40 - Dziecko ma nowe puzzle i się cieszy.
17.26 - Mąż z gatunku "małpa nie frajer", znowu sobie poradził.
18.08 - Obiad na kolację.
19.53 - Dziecię zasnęło. Pierwszy raz w swoim łóżeczku, z lalką od cioci, zawiniętą w bluzkę mamusi - taka iluzja dla niemowląt. Czujmy się jak Copperfield.
21.30 - Nie chce nam się nic, po poczytaniu co na blogach (ja) oglądamy Niekrytego Krytyka (oboje).
22.15 - Codzienna ofiarka na rzecz rodziny. Czemu oni tyle brudzą? Kto ich nauczył codziennie ciuchy zmieniać?
23.23 - Czesław na dobranoc. Lubi wypić. Ja niekoniecznie, ale lubię posłuchać.