wtorek, 15 lipca 2014

Dlaczego?

To dzisiejszy temat u Uli: Dlaczego? Pytanie, na które odpowiedź zawsze jest najdłuższa :) A dokładnie:

dlaczego bloguję?

Kiedy prawie 8 lat temu (o matko!) zakładałam mojego pierwszego bloga (został przeze mnie porzucony w pewnym przełomowym dla mnie momencie, ale nadal wisi w sieci. Z tym, że nie polecam go szukać.), zrobiłam to właśnie w tym celu, żeby odpowiedzieć na pytanie: dlaczego? Dlaczego ludzie piszą blogi? Po co? Co im to daje?

Nie wiem, czy coś odkryłam. Nie pamiętam. W końcu było to prawie 8 lat temu (o matko!).

Wielkiej popularności nigdy nie zyskałam. Więc nie dla sławy piszę.

Chyba po to, żeby pamiętać.
Żeby legalnie komentować różne zdarzenia i okoliczności, na które wpadnę w mojej drodze.
Po to, by dzielić się radościami z innymi.
I czasem też smutkami.
Żeby moi znajomi wiedzieli co u mnie.

Prócz tego blog daje też możliwości: zabawy i poznawania innych, ciekawych poglądów na świat, niekoniecznie tych z poziomu komentarzy na onecie :P

Tak, tak, blogerzy to taka elitarna społeczność, buahaha :D

A jeśli ktoś jeszcze nie wie, dlaczego milowy jest akurat las to zapraszam to poprzedniego posta!

poniedziałek, 14 lipca 2014

Dlaczego milowy jest akurat las?

Ula ogłosiła nowe wyzwanie. Tym razem nie fotograficzne, tym razem będziemy pisać. A ponieważ ja lubię pisać (wszak bloga prowadzę, nie?), no to sobie popiszę.



Pierwszy temat to historia nazwy mojego bloga.

Lubicie Kubusia Puchatka?
Pytam o książkę, ewentualnie bajkę, niekoniecznie postać. Ja lubię bardzo. I książkę, i bajki. Z postaci to najbardziej lubię Prosiaczka. Swego czasu jednym z pierwszych pytań, które zadawałam nowo poznanym ludziom było: kogo najbardziej lubisz z Kubusia Puchatka? I w zależności od odpowiedzi klasyfikowałam. Że też nie dało mi do myślenia, jak jeden facet odpowiedział mi, że najbardziej lubi Królika- postać, której nie cierpię. A potem wystawił mnie dwa tygodnie przed studniówką...
Ale o czym to ja...? A tak. Miejsce, w którym mieszkali przyjaciele to po polsku Stumilowy Las*. No ale tutaj Mila jest tylko jedna, więc przedrostek pominęłam.

I już.
Jest nazwa.

Prócz tego, ja bardzo lubię, kiedy mam kawałek lasu blisko siebie. Koło domu w sensie. A nie zawsze jest (Londyn, Londyn i dużo przeprowadzek), więc mam zawsze las wirtualny. Mój własny. Chociaż żywy też jest niedaleko:


Jeszcze chciałabym zauważyć, że mój blog był szybciej niż Milowy las Happysadu! Ale też lubię :)



_______________________
*Zdarza się też określenie Stuwiekowy, zupełnie nie wiem skąd, bo po angielsku jest Stuakrowy... To już Stumilowy przynajmniej ma jakieś odniesienie do odległości.

piątek, 11 lipca 2014

Grzebnie

Wojtuś: To mój grzebień.
Mil: Tak, twój. Chodź to cię pogrzebię...
Paulinuś: Za dużo Gry o tron...

czwartek, 10 lipca 2014

Godzina duchów

Przed chwilą dostałam maila od kogoś, kogo ostatni raz widziałam jak miałam może 8 lat... Czyli prawie 20 lat temu.

Od kogoś, kto wyjechał wtedy do Stanów Zjednoczonych, co ja, małe dziecko, strasznie przeżyłam, choć widywałam tego kogoś jedynie raz w roku. Ale ten wyjazd zwiastował to, że już nigdy się nie spotkamy.

Ten ktoś był dla mnie zawsze niedoścignionym wzorem.
Ten ktoś - prawdopodobnie nieświadomie - uformował w pewnym stopniu to kim dziś jestem.
Ten ktoś, choć jak najbardziej realny, wydaje mi się być zupełnie z innego świata.

Popłakałam się ze wzruszenia, jak przeczytałam tę wiadomość. Przeczytałam, że mnie pamięta, że postara się wesprzeć, że się cieszy i że się o mnie modli. Teraz boję się odpisać, bo nie wiem czy nie zniknie!

Ten ktoś to Ciocia, która na wczasach rodzinnych, na które jeździłam z moimi rodzicami, prowadziła zajęcia biblijne dla dzieci. Najlepsze jest to, że pamiętam tylko jedne takie! Historię o Jonaszu, podczas opowiadania której stół przykryty ciemną narzutą był wielką rybą, w której brzuchu siedzieliśmy.

To ona mnie zainspirowała.
To ona pokazała mi, że można inaczej niż wszyscy.
To ona pokazała mi, że uczenie dzieci i opowiadanie im o Bogu i Biblii to przede wszystkim wielka radość.
To ona, ośmioletniemu dziecku, zaszczepiła chęć przekazania tego dalej.

A teraz do mnie pisze. Odpowiedziała na wiadomość, którą wysłałam do jej męża, bo na nią nie mogłam znaleźć namiaru. Odpowiedziała i jest realna.

Już nie plasuje się między dziadko-wujkiem Waldkiem, zmarłym gdy byłam w gimnazjum, a Józefowem, w którym spędzałam wakacje od urodzenia do około 9 lat. Jest prawdziwa. Jest tu i teraz.



niedziela, 6 lipca 2014

Zębowo

Gwoli informacji: moje dzieci myją zęby w wannie. Ale wodę do płukania im świeżą daję...

Wojtek (stoi w wannie i szoruje zęby): Już skończyłem!
Mil: Jeszcze z tyłu poszoruj.
Wojtek (odwraca głowę do tyłu, potem patrzy na mnie i pyta niepewnym głosem): Pupę...?

piątek, 4 lipca 2014

Zupa dla Romka

Kiedy jakiś czas temu ugotowałam zupę z soczewicy, okazało się, że jest obrzydliwa. Chociaż mojemu mężowi smakowała... No i w sumie z całej paczki jeszcze dużo zostało, więc dziś, jako, że na obiad przewidziane były naleśniki, a same naleśniki to troszku mało dla mojego męża, to postanowiłam znów poeksperymentować z soczewicą. Efekt okazał się być nie tylko zadowalający, ale też bardzo smaczny, więc jeśli ktoś ma ochotę na potrawę wysokobiałkową, która pachnie bliskim wschodem to zapraszam.

Zupa z soczewicy z orzeszkami ziemnymi i sezamem


Składniki (na 3-4 porcje, chyba że karmisz mojego męża albo ojca, to na 2 góra...)
- 3/4 szklanki soczewicy,
- dwie marchewki,
- dwie cebule,
- dwie łyżki oleju/oliwy,
- dwie łyżki curry,
- 4 łyżki sezamu,
- około 200 g solonych orzeszków ziemnych.

Soczewicę płuczemy na sitku i gotujemy. Według internetów optymalna ilość wody przy jej gotowaniu to dwa razy tyle - objętościowo - co ziaren. Według przepisu na opakowaniu - cztery razy tyle. Ja posłuchałam opakowania. Doprowadzamy ją do wrzenia, uważając, coby nie wykipiała, a potem niech sobie pyrka na wolnym ogniu przez jeszcze pół godziny. Jak zacznie pyrkać dokładamy jej curry i zajmujemy się marchewką.

Marchewkę obieramy i ścieramy na tarce. Dorzucamy do soczewicy. I wlewamy łyżkę oleju/oliwy. I sobie pyrka.

Cebulę kroimy w kosteczkę i podsmażamy. Jak się zeszkli to dorzucamy do niej sezam i orzeszki. I smażymy dalej. Jak się przypali to nic wielkiego się nie stanie, ale wiadomo - lepiej nie przypalać, jedynie przyrumienić.

Po upłynięciu czasu ofiarowanego soczewicy i marchewce, zupę traktujemy blenderem. Za dużo roboty nie będzie, bo i soczewica i marchewka zdążyły się pewnie rozgotować. Ale jako krem wygląda ładniej niż rozgotowana :) 

Podsmażone cebule, sezam i orzeszki wrzucamy do soczewicowego kremu i mieszamy. Możemy trochę zostawić do dekoracji. Bardzo pasuje domowy naleśnik, albo inny podpłomyk.

Smacznego!

Jeszcze o tytule - zupa jest dla Romka, bo Romek bardzo lubi to wszystko co do niej wsadziłam: warzywa strączkowe (soczewicę między innymi), cebulę, sezam i orzeszki ziemne. Wprawdzie Romek tej zupy nie jadł, ale jak przyjedzie to mu ugotuję, na pewno mu będzie smakować! Romek to mój Tate.

środa, 2 lipca 2014

I umarli!

Odkryłam Grę o Tron. Tak, wiem, że późno. Wiem, że książkę Martin zaczął pisać wieki temu, a serial ma już cztery sezony. Ale nadrabiam.

Obejrzałam już półtora sezonu i przeczytałam pół pierwszej książki. Marzę o koszulce z napisem "ubieram się na czarno, bo jestem z Nocnej Straży". A córce najchętniej kupiłabym taką:

Źródło
I jeszcze, razem z moją Siostrą, dyskutujemy o tym kto, prócz Daenerys, będzie latać na smokach.

Aczkolwiek, Gra o Tron ma zgubny wpływ na moją chorą wyobraźnię: 
Idziemy wczoraj ze sklepu. Na podjeździe myjni samochodowej leży rękawica z grubej, jasnoszarej gumy, miejscami ubrudzona smarem. Pokazuję ją Żurowi i mówię:
- Patrz, odmrożona ręka...

A wiecie kto zna zakończenie Gry o Tron, prócz samego autora? Krudowie! Kto pamięta, jakie bajeczki ojciec rodziny przed snem opowiadał?