Po ponad trzyletniej przerwie wracam do obiegu.
Który to już raz będę opowiadać dzieciom o stworzeniu świata? Który to raz będą to trzy-, cztero-, pięciolatki? Pierwszy raz (samodzielnie) robiłam to dwanaście lat temu. Przerobiłam dzieci w każdym wieku, ale zawsze będę wracać do trzylatków i zawsze będę uważać, że nauczyciel powinien iść razem z grupą. Może tym razem się uda.
Tego się nie zapomina. To jak jazda na rowerze... Nie, nie umiem jeździć na rowerze, więc to nie jest najlepsze porównanie. To jest jak pływanie - lepiej. W trakcie usypiania Wojtusia wymyśliłam zabawę na początek, formę opowiadania historii, dwie zabawy związane, prace plastyczne, formę dotarcia do rodziców i piosenkę.
Ale i tak się boję. Nie, nie tego, że sobie nie poradzę. W tym akurat jestem dobra i znam swoją wartość. Nie dzieci - chociaż za każdym razem są inne to w gruncie rzeczy zawsze takie same. Rodziców się boję. I tego, że nie będą współpracować. Jeden z moich szkółkowych autorytetów mówi, że oni nigdy nie współpracują i mam na to nie liczyć. Ale ja nie oczekuję wiele, więc może się uda porozumieć?
Damy radę, nie? Damy, damy. Nie bój się robaczku...*
______________
* Iz. 41:14a
czwartek, 3 października 2013
Uf, uff, ufff...
Po dwóch tygodniach urlopu mojego Męża (który to urlop spędził jak każdy Polak na urlopie, prawie...), wiele się w naszym mieszkaniu zmieniło :)
Zacznę od biednego samotnego biurka. Nie jest już samotne! Dostało do towarzystwa wypasiony fotel i półkę:
Gitara normalnie tu nie stoi... Znaczy inaczej - ona ma swoje miejsce w sypialni, za haku, na ścianie. Tylko jakoś z tego miejsca nie korzysta. A nawet jak ta korzysta, to nie korzysta bas. Przemyśliwuję nad tym, czy by nie przykazać Mężowi powieszenia jeszcze jednego haka, na tej pustej ścianie między biurkiem a drzwiami... Zważywszy na to, ze używa gitary w tym pokoju, wieczorami i potem średnio inteligentne jest wieszanie jej w sypialni, biorąc pod uwagę, że haki wiszą nad łóżkiem, w którym śpi półroczna Córeczka nasza (nie martwcie się, nad skrzynią wiszą, na głowę jej nie spadną. Oj, chyba w następnej notce musi być sypialnia.) i żeby powiesić gitarę trzeba na tym łóżku stanąć. No a do pracy wychodzi jak dzieci śpią jeszcze, więc potem stoi ta biedna smutna gitara w kącie, narażona na ciekawskie łapki, póki nie wróci. A jak już wróci, to bez sensu zanosić, żeby za dwie godziny przynieść. Tak to przynajmniej na to tymczasem sobie nad biurkiem powiesi i tylko będzie wymieniał, o.
Ta kostka na biurku, która wygląda jak wzmacniacz do głośników, to nie jest wzmacniacz :) To plastikowa komódka, którą Mąż po żonie odziedziczył. Ale była mało męska, więc jej uszyłam dżinsowe ubranko z kieszeniami. Jeszcze muszę opracować przód, więc tymczasowo stoi bokiem:
No a nad biurkiem półka na wszystkie ącie. Kto powiedział, ze ikeowski Trofast jest tylko dla dzieci? Odkąd jest też czarny to jakby stworzyli go z myślą o modelach mojego męża. Samolot natomiast ma zawisnąć pod sufitem, gwoździki już są, tylko jeszcze zawieszającemu nie było z żyłką po drodze...
Bardzo nam się strefa biurowa wydzieliła - i to mi się podoba :)
Zacznę od biednego samotnego biurka. Nie jest już samotne! Dostało do towarzystwa wypasiony fotel i półkę:
Gitara normalnie tu nie stoi... Znaczy inaczej - ona ma swoje miejsce w sypialni, za haku, na ścianie. Tylko jakoś z tego miejsca nie korzysta. A nawet jak ta korzysta, to nie korzysta bas. Przemyśliwuję nad tym, czy by nie przykazać Mężowi powieszenia jeszcze jednego haka, na tej pustej ścianie między biurkiem a drzwiami... Zważywszy na to, ze używa gitary w tym pokoju, wieczorami i potem średnio inteligentne jest wieszanie jej w sypialni, biorąc pod uwagę, że haki wiszą nad łóżkiem, w którym śpi półroczna Córeczka nasza (nie martwcie się, nad skrzynią wiszą, na głowę jej nie spadną. Oj, chyba w następnej notce musi być sypialnia.) i żeby powiesić gitarę trzeba na tym łóżku stanąć. No a do pracy wychodzi jak dzieci śpią jeszcze, więc potem stoi ta biedna smutna gitara w kącie, narażona na ciekawskie łapki, póki nie wróci. A jak już wróci, to bez sensu zanosić, żeby za dwie godziny przynieść. Tak to przynajmniej na to tymczasem sobie nad biurkiem powiesi i tylko będzie wymieniał, o.
Ta kostka na biurku, która wygląda jak wzmacniacz do głośników, to nie jest wzmacniacz :) To plastikowa komódka, którą Mąż po żonie odziedziczył. Ale była mało męska, więc jej uszyłam dżinsowe ubranko z kieszeniami. Jeszcze muszę opracować przód, więc tymczasowo stoi bokiem:
No a nad biurkiem półka na wszystkie ącie. Kto powiedział, ze ikeowski Trofast jest tylko dla dzieci? Odkąd jest też czarny to jakby stworzyli go z myślą o modelach mojego męża. Samolot natomiast ma zawisnąć pod sufitem, gwoździki już są, tylko jeszcze zawieszającemu nie było z żyłką po drodze...
Bardzo nam się strefa biurowa wydzieliła - i to mi się podoba :)
środa, 2 października 2013
Środa kreatywna: Mam i ja!
Natchnięta... Natchniona... Zainspirowana przez Jagodziankę, ponieważ tak jak Ona raz na tydzień wymyślam obiady i robię większe zakupy, zrobiłam sobie jedzeniową tablicę.
Ponieważ dekoracje w kuchni mam owocowe, z przewagą jabłek, moja tablica też jest jabłkowa :)
Z góry przepraszam za jakość zdjęć, ale tyle co ją skończyłam więc zdjęcia robione po cimoku:
Stwierdziłam w ogóle, ze potrzebuję listy, bo powoli gubię się w tym wszystkim co wymyśliłam... Chyba poproszę moją Siostrzenicę.
Ponieważ dekoracje w kuchni mam owocowe, z przewagą jabłek, moja tablica też jest jabłkowa :)
Z góry przepraszam za jakość zdjęć, ale tyle co ją skończyłam więc zdjęcia robione po cimoku:
| Całość wygląda tak. Z lewej klamerki z dniami tygodnia do przyczepiania potraw, z prawej notes na listę zakupów i długopis, a w środku kieszonki na nieużywane w danym tygodniu fiszki. |
| Żeby nie było wątpliwości co to. |
| Klamerki farbowane tuszami alkoholowymi. Fiszki z potrawami w czterech kolorach - wegetariańskie na zielonym, wołowina na czerwonym, drób na żółtym, ryba na pomarańczowym. |
| I z profilu... |
poniedziałek, 30 września 2013
Odkrycie miesiąca: wrzesień 2013
Tak mi jakoś przeleciał ten wrzesień szybko, że w ogóle nie zauważyłam, że dziś trzydziesty. Tymczasem stała się w tym miesiącu bardzo ważna rzecz - odkryłam jak działa mózg mojego Męża:
W ogóle, dzięki Donie, odkryłam całą serię... Stara jest potwornie, ale nigdy wcześniej na nią nie trafiłam. Przypomniały mi się studenckie czasy :)
A późniejsze niektóre to jakbym siebie i Żura widziała, o:
Uwaga, dla tych co nigdy nie widzieli: strasznie wciąga...
W ogóle, dzięki Donie, odkryłam całą serię... Stara jest potwornie, ale nigdy wcześniej na nią nie trafiłam. Przypomniały mi się studenckie czasy :)
A późniejsze niektóre to jakbym siebie i Żura widziała, o:
Uwaga, dla tych co nigdy nie widzieli: strasznie wciąga...
sobota, 28 września 2013
Sobota z dzieckiem: Roboty kuchenne
Jak byłam dzieckiem to miałam taką fajną grę. Było kilka planszy - z lasem, ogrodem, gospodarstwem i takimi tam, i małe obrazki z produktami, które z tych miejsc pochodzą. I pamiętam, ze mnie ta gra fascynowała. Nie musiałam nawet w to grać - wystarczyło mi układanie wszystkich plansz przed sobą i dopasowywanie obrazków. Samo to, że zeszyty rosną w lesie było fajne, rywalizacja nie była mi potrzebna. Ta gra miała coś fajnego - obrazki, które się dopasowywało nie były nadrukowane na bokach dużych planszy - trzeba było wiedzieć, nie tylko znajdować.
Gra niestety zaginęła. A teraz już takich nie robią... Ale robią inne, małymi obrazkami nadrukowanymi na dużych planszach. I też są fajne :)
Ostatnio kupiłam jedną taką mojemu Synkowi. Napisane jest na niej, że od trzech lat, ale nic to - element rywalizacji pomijamy. Ważne jest tylko dopasowywanie.
Gra jest kuchenna - pięcioro kucharzy ma ugotować pięć różnych posiłków: szaszłyki, pizzę, chińszczyznę, placek pasterski i babeczki. I każdy kucharz potrzebuje odpowiednich składników i oprzyrządowania. I dwulatki też się w to świetnie bawią:
Potem, jak już się nam skończyła ochota na granie, jedzeniowy temat przeniósł się na tablicę - Syn kazał malować "niam!"
A jak dzieci poszły spać to matka weszła na pinteresta i znalazła prezent podchoinkowy dla dzieci i zastosowanie dla niepotrzebnego Lacka:
Gra niestety zaginęła. A teraz już takich nie robią... Ale robią inne, małymi obrazkami nadrukowanymi na dużych planszach. I też są fajne :)
Ostatnio kupiłam jedną taką mojemu Synkowi. Napisane jest na niej, że od trzech lat, ale nic to - element rywalizacji pomijamy. Ważne jest tylko dopasowywanie.
Gra jest kuchenna - pięcioro kucharzy ma ugotować pięć różnych posiłków: szaszłyki, pizzę, chińszczyznę, placek pasterski i babeczki. I każdy kucharz potrzebuje odpowiednich składników i oprzyrządowania. I dwulatki też się w to świetnie bawią:
Potem, jak już się nam skończyła ochota na granie, jedzeniowy temat przeniósł się na tablicę - Syn kazał malować "niam!"
| Tu już zmazuje... |
![]() | ||
| Źródło |
piątek, 27 września 2013
Kawałek prawdziwego lasu
Na początek należy zauważyć, ze jestem dzieckiem betonu: urodziłam i wychowałam się na Śląsku, całą młodość spędziłam w wielkiej płycie, obie moje babcie mieszkały we Wrocławiu. Studiowałam w Katowicach. Potem wyjechałam do Londynu, który jakby nie było w wiejskie krajobrazy nie obfituje, choć można spotkać tu faceta z kozą lub kucykiem na smyczy.
Nie mniej jednak las była zawsze - mniej lub bardziej milowy. Jako dziecko chodziłam na spacery do lasu z Tatusiem, który uczył mniej jak nazywają się roślinki i poił sokiem z brzozy. Na wakacje jeździłam do Józefowa, w którym był tylko ciek o wdzięcznej nazwie Świder i las, albo do Wisły, w której były jeszcze góry, prócz cieków i lasu, ale za górami to ja za bardzo nie przepadam. Potem w liceum, kiedy przeprowadziliśmy się z jednego małe miasta za Ślasku do drugiego mniejszego miasta na Ślasku, znalazłam sobie własny kawałek lasu - nic to, że z każdej strony widać było bloki przez drzewa, ważne, że był kawałek dzikiej przyrody i nie było betonu. Jak wyjechałam do Katowic to z moim ówczesnym facetem (teraźniejszym mężem) szlajaliśmy się po tych dzikich częściach Parku Chorzowskiego, albo po okolicach lotniska na Muchowcu - tam też leśno trochę.
A potem wyjechałam do Londynu i klops. Bo tu parki wyglądają tak, że jest trawa, trawa, trawa, co jakiś czas alejka i przy alejce rosną drzewa. No nijak to lasu nie przypomina:
A jeszcze później przeprowadziliśmy się do Croydon, choć wcale nie chciałam, a tam okazało się, ze park obok naszego domu wcale a wcale tak nie wygląda, tylko rosną w nim drzewa! Dużo drzew!
A wczoraj poszliśmy do parku trochę dalej. I okazało się, ze to wcale nie jest park tylko kawałek regularnego lasu!
Pięknie jest :D
Nie mniej jednak las była zawsze - mniej lub bardziej milowy. Jako dziecko chodziłam na spacery do lasu z Tatusiem, który uczył mniej jak nazywają się roślinki i poił sokiem z brzozy. Na wakacje jeździłam do Józefowa, w którym był tylko ciek o wdzięcznej nazwie Świder i las, albo do Wisły, w której były jeszcze góry, prócz cieków i lasu, ale za górami to ja za bardzo nie przepadam. Potem w liceum, kiedy przeprowadziliśmy się z jednego małe miasta za Ślasku do drugiego mniejszego miasta na Ślasku, znalazłam sobie własny kawałek lasu - nic to, że z każdej strony widać było bloki przez drzewa, ważne, że był kawałek dzikiej przyrody i nie było betonu. Jak wyjechałam do Katowic to z moim ówczesnym facetem (teraźniejszym mężem) szlajaliśmy się po tych dzikich częściach Parku Chorzowskiego, albo po okolicach lotniska na Muchowcu - tam też leśno trochę.
A potem wyjechałam do Londynu i klops. Bo tu parki wyglądają tak, że jest trawa, trawa, trawa, co jakiś czas alejka i przy alejce rosną drzewa. No nijak to lasu nie przypomina:
A jeszcze później przeprowadziliśmy się do Croydon, choć wcale nie chciałam, a tam okazało się, ze park obok naszego domu wcale a wcale tak nie wygląda, tylko rosną w nim drzewa! Dużo drzew!
A wczoraj poszliśmy do parku trochę dalej. I okazało się, ze to wcale nie jest park tylko kawałek regularnego lasu!
Pięknie jest :D
środa, 25 września 2013
Środa kreatywna: Lula na okrągło
Babcia moich dzieci, a moja Musia dostała kiedyś album taki. I teraz sobie zażyczyła drugiego - o Lusi. No bo ma nierówno! To byłam miła i wykonałam:
Niech się Babcia cieszy...
Niech się Babcia cieszy...
Subskrybuj:
Posty (Atom)








