czwartek, 1 stycznia 2015

Blogiem dookoła świata

Podobno przeciętny Amerykanin, kiedy zapytać go o Polskę, odpowiada: "to gdzieś w Rosji?".

Podobno.

Ja w zasadzie nie znam żadnych Amerykanów, a nawet jeśli jakiś w życiu spotkałam to odbyło się to w Polsce, więc oni już wiedzieli gdzie nasz kraj leży. Ale - jak tak czasem oglądam Matura to bzdura - to chyba w to wierzę. A przy tym niekoniecznie skłaniam się ku teorii, że kompletna ignorancja w tej kwestii dotyczy tylko Amerykanów...

Dlatego właśnie, w trosce o rozwój wiedzy geograficzno-kulturowej moich dzieci (no, może początkowo tylko Wojtusia, Lula jeszcze trochę za mała) postanowiłam powołać do życia pewien projekt.

Projekt nazywa się:


i będzie polegał na tym, ze przez najbliższy rok (a jak nam się spodoba to może i więcej) będziemy całą rodziną zwiedzać świat. Zaczynamy od Europy - do każdego miesiąca 2015 roku przypisałam kraj (lub grupę krajów) i podczas jego trwania będziemy robić wszystko by go poznać. Nie zapowiada się, że jakiś odwiedzimy (poza Polską) ale można zawsze inaczej. Jak na przykład?
  • Gotując potrawy pochodzące stamtąd.
  • Czytając książki napisane przez pisarzy z danego kraju lub takie, w których ten kraj jest elementem świata przedstawionego.
  • Oglądając filmy i bajki związane z tym krajem.
  • Ucząc się kilku podstawowych słów w tamtejszym języku (na przykład 'dzień dobry' i 'kocham cię'!)
  • Słuchając muzyki.
  • Odwiedzając miejsca w których można się czegoś związanego z tym krajem dowiedzieć (muzea na przykład)
  • Bawiąc się, robiąc prace plastyczne, przebierając itp...
A jakie kraje chcemy odwiedzić? 
  • W styczniu będzie to Wielka Brytania. Przede wszystkim dlatego, że tu mieszkamy, więc stąd zaczynamy swoją podróż. Ale też dlatego, że przyda się coś nietrudnego na rozgrzewkę, a to dość prosty kraj i łatwo znaleźć związane z nim atrakcje (samych filmów i książek starczy spokojnie na miesiąc :D).
  • W lutym jedziemy do Polski. Dlatego, że... jedziemy do Polski także w realu :) Poza tym - jeśli było miejsce w którym mieszkamy, to musi być też miejsce z którego pochodzimy.
  • W marcu dowiemy się czegoś o Irlandii. Dlaczego? Bo 17 marca to Dzień Świętego Patryka - jej patrona!
  • Na kwiecień planujemy kraje Beneluxu - z powodu Dnia Króla/Królowej - święta narodowego w Holandii (26 kwietnia), z powodu dnia czekolady (12 kwietnia), a także dlatego, że w kwietniu właśnie kwitną tulipany.
  • W maju wybieramy się do Rosji - wiadomo, Dzień Zwycięstwa (9 maja) :)
  • Czerwiec to Włochy i włoskie Święto Republiki (2 czerwca).
  • W lipcu będziemy odwiedzać Francję z powodu francuskiego święta narodowego upamiętniającego zburzenie Bastylii (14 lipca).
  • Na sierpień zaplanowałam Węgry, bo 20 sierpnia obchodzony jest tam Dzień Świętego Stefana, pierwszego koronowanego władcy Węgier.
  • We wrześniu odwiedzimy Niemcy - zupełnie bez powodu, tyle tylko, że chciałam, żeby znalazły się na naszej trasie, a ich święta narodowe jakoś mi nigdzie nie pasują. Z drugiej zaś strony - we wrześniu nie ma żadnego święta, które mogłabym odnieść do jakiegoś kraju. No chyba, że rocznica wybuchu II Wojny Światowej, wtedy Niemcy są tu jak najbardziej na miejscu, ale nie jest to dla nich zbyt chwalebne... No cóż - pomińmy to.
  • W październiku wybieramy się do Grecji - przyda nam się trochę ciepła jesienią :) Ale przede wszystkim ten miesiąc przypadł Grecji z powodu święta Ochi - greckiego święta narodowego (28 października - chyba, bo znalazłam też informację, że obchodzi się je 25. Ktoś zna jakieś bardziej wiarygodne żródło niż internet, żebym mogła to zweryfikować?).
  • W listopadzie jedziemy do Czech - 17 listopada obchodzi się tam Dzień Walki o Wolność i Demokrację.
  • W grudniu natomiast odwiedzimy Skandynawię. Najpierw chciałam rozbić ją na poszczególne kraje i kilka miesięcy, ale po pierwsze - zajęłoby mi to trzecią część roku (którą mogę wykorzystać na inne kraje), a po drugie - wszystko co dzieje się w Skandynawii kojarzy mi się z grudniem! Przede wszystkim - tam zawsze na święta jest śnieg. Poza tym - Finlandia to też Laponia, a więc Święty Mikolaj. Również w Finlandii w grudniu (6.) obchodzi się Święto Niepodległości. A w Szwecji 13 grudnia świętuje się Dzień Świętej Łucji - patronki kraju. W prawdzie Dania i Norwegia nie obchodzą wtedy żadnych świąt, ale jakoś ich tam przykolegujmy.
Jak Wam się podoba taki pomysł? Jeśli macie ochotę - zapraszam do przyłączenia się! I nie tylko tych posiadających dzieci - przecież książki, filmy, muzykę i potrawy z różnych krajów można poznawać nie tylko będą dzieckiem.


poniedziałek, 29 grudnia 2014

Marzenie mam...

Podsumowań nie będzie.

Nie będzie też żadnych postanowień noworocznych. Nie lubię ich - w 2014 zrobiłam chyba po raz pierwszy w życiu i po raz nie pierwszy stwierdziłam, że to nie dla mnie. Bo ja jeśli czegoś naprawdę chcę - to to robię, a jak mi na czymś zależy średnio - to postanowienia noworoczne mnie nie mobilizują do spełniania.

Co innego marzenia. Marzenia są fajne. Czasem nieosiągalne - ma się je wtedy po to, żeby sobie polatać i tyle. A czasem wystarczy tylko trochę pracy, żeby marzenie spełnić.

A moja znajoma napisała na facebooku:
Kochani - w roku 2015 spełniamy swoje marzenia. Te duże i te małe... Do dzieła!
Co mi się marzy? Materialnych rzeczy nie będzie. Bo ze mnie średnia materialistka, a oszczędzać nie umiem, bo ciągle kupuję ludziom prezenty i uwielbiam jeść na mieście. Będzie niematerialnie, chwilami nawet duchowo:

  • Marzy mi się założenie klubu literacko-kreatywnego dla polskich dzieci w mojej okolicy. Chodzę wokół tego już od roku i nie bardzo wiem jak się za to zabrać...
  • Chciałabym napisać książkę. Ale nie martwcie się, nie powieść. Podręcznik do zajęć biblijnych dla dzieci. Za to akurat wiem jak się zabrać, ale nie bardzo mi to wychodzi z braku czasu i zorganizowania.
  • Marzy mi się projekt blogowy, ale taki z odzewem. Wiem, ze nie jestem super popularna, ale parę fajnych pomysłów jednak mam... No i na projekt blogowy też mam pomysł, będzie o tym niedługo.
  • Chciałabym sprzedawać moje obrazki. I tutaj marzenie dzieli się na dwie części - pierwsza to otworzyć sklep, druga to żeby ktoś je tam kupował :)
Więcej marzeń nie pamiętam. Ale może któreś z tych czterech uda mi się spełnić w 2015 roku?


piątek, 26 grudnia 2014

Zdrowych, wesołych...

Czy wiecie dlaczego z okazji Świąt życzy się zdrowia? Ja już wiem. Co ciekawe - odkryłam to dopiero za trzecim razem.

Pierwszy raz to był Nowy Rok 2012, kiedy kilka minut po północy całą rodziną (mieszkaliśmy wtedy jeszcze razem z rodziną mojej siostry, więc w sumie dwoma rodzinami) nagle przestaliśmy lubić nachosy. Ale to tylko Nowy Rok, w sumie święto pomniejsze.

Drugi raz był w roku 2013, kiedy w Wielką Sobotę moja córka postanowiła się urodzić i mimo moich i jej chęci nic z tego nie wyszło, bo mój organizm jak również personel szpitalny postanowili - każde z osobna - nam to utrudnić. I utrudniali całą Wielkanoc, aż w końcu, nad ranem w Lany Poniedziałek, dałyśmy za wygraną. No ale poród to nie choroba, więc się nie liczy.

Trzeci raz był trzy dni temu. I właśnie wtedy odkryłam dlaczego do "wesołych Świąt" często dodaje się też "zdrowych". Ano dlatego, że wszystko można przesunąć, każdy termin odwlec, ale Wigilii się nie da. A nie ma chyba nic głupszego od Wigilii, podczas której nie można jeść.

W wigilię Wigilii upiekłam dwa serniki. Jeden zwykły i jeden z masłem orzechowym. Miałam upiec jeszcze dwa i połowę zanieść mojej Siostrze, wymieniając na ciasteczka, 11 rodzajów. Bo my w święta ze słodyczy jemy tylko serniki i ciasteczka, z tym, że ja nie lubię piec ciasteczek, a moja Siostra - serników. Przed upieczeniem jeszcze dałam rodzinie pierogi na obiad, następnie wysłałam ich do sklepu po ostatnie zakupy. No i ja sobie piekę w najlepsze, pierwszy się studzi w nowiutkim piekarniku, drugi w trakcie ucierania...

Wracają.

Niestety w drodze powrotnej Wojtek postanowił podzielić się swoim obiadem z otoczeniem. Do godziny 20.30 - siedem razy. Podjęliśmy decyzję - Żuru do pracy nie idzie tylko odprowadzamy Lusię na służbę do Cioci, a my z Wojtkiem - na pogotowie.

Na pogotowiu powiedzieli nam, ze panuje wirus i powinno do 24, maksymalnie 48 godzin przejść.

Przeszło.

Jeszcze w szpitalu na mnie, po powrocie do domu - na Żura.

Wtedy też odkryliśmy, że ptactwo z pięknym ogonem, którym raczyła nas dwa dni wcześniej Lusia niekoniecznie jest związane z jej zębami.

Noc przedwigilijną my spędziliśmy na nadużywaniu kanalizacji, a Lusia na skakaniu po Cioci łóżku.

Wigilię spędziliśmy leżąc w trójkę na kanapie i przysypiając, podczas gdy Lusia najpierw regularnie odsypiała nockę w swoim łóżeczku, a potem oglądała Peppę. Nie było gotowania i mycia podłogi. Serniki powędrowały oba do Paulinki, następnych nie upiekłam. Podłogę mamy brudną do dziś, a schody poodkurzane do połowy, bo tyle Żuru zdążył przed całą akcją. W lodówce mamy półprodukty na barszcz z uszkami, dużo białego sera i śledzie, których jakoś nikt nie ma odwagi ruszyć. W szafce stoi jeszcze puszka maku. A w zamrażarce - nieupieczona ryba. Mamy też dużo pomarańczy i mandarynek...

Ale wczoraj wieczorem, jak już wszyscy poczuliśmy się trochę lepiej - zrobiliśmy sobie ziemniaczaną sałatkę:



No ale - chociaż wieczerzy wigilijnej, której nie da się przełożyć, nie było - nie ma tego złego. Po raz pierwszy w życiu świętowaliśmy trochę po angielsku, bo przezenty rozpakowaliśmy dopiero w świąteczny poranek. Dzięki temu mogliśmy wspierać - w sposób prostrzy niż przemykanie z prezentami za plecami dzieci - wojtkową wiarę w Świętego Mikołaja - zostawiliśmy oczywiście ciasteczka i herbatkę (Wojtek kazał, chyba stwierdził, że mleko piją dzieci, a herbatę - dorośli), a także "marfefkę dla renifrów":


A rano radość była wielka :)


Jak widzicie - ciasteczka zjedzone, herbata wypita, marchewka ugryziona.




Wojtek między innymi pod choinkę dostał mini-perkusję i małego lekarza, Lusia - filcową pizzę i pluszowych rodziców Peppy (Peppę i Georga miała wcześniej). Dzień upłynął Lusi na graniu na perkusji i wciskaniu wszystkim dookoła dentystycznego lusterka do ust ewentualnie stukaniu młotkiem w kolano, Wojtuś natomiast najpierw karmił świnki pizzą, a teraz śpi z całą rodziną Peppy w łóżku.


No - mam nadzieję, ze Wam Święta mijają zdrowiej :D

sobota, 20 grudnia 2014

Nadchodzą takie święta...

U nas już prawie, prawie świątecznie. Ale zbliżające się święta u mnie to wcale nie mycie okien, ubieranie choinki, wieszanie lampek i inne gorączkowe przygotowania. Święta poznać można po tym, że nie męczę się sprzątając, choć sprzątam więcej niż zwykle (albo raczej tyle samo, bo ja się za bardzo nie przejmuję, ale muszę to zrobić w krótszym czasie), po tym, że do każdego posiłu (albo nawet i zamiast) dokładam mandarynki, po tym, że śpiewam kolędy dzieciom na dobranoc i po tym, że kupuję bombki.

Mamy taką rodzinną tradycję, zapoczątkowaną przez moją Siostrę i jej męża, że przed świętami, do tych wszystkich bombek i światełek, które już mamy i które kupiliśmy hurtowo w roku bieżącym kupujemy jeszcze po jednej, specjalnie wyselekcjonowanej, bombce dla każdego członka rodziny. Znaczy każdy sobie wybiera. Moja tegoroczna bombka wygląda tak:


Choinki jeszcze nie mamy, być może ubierzemy ją jutro, więc bombki (które kupiliśmy wczoraj) na razie czekają grzecznie w papierowej torbie, na regale. I kiedy przed chwilą wieszałam pranie, akurat obok tego regału i patrzyłam na tę papierową torbę to mnie naszła refleksja...

Zdarza się w życiu człowieka, że nadchodzą takie święta Bożego Narodzenia, kiedy to co cieszyło jeszcze rok wcześniej traci na uroku. Choinka, chociaż ubrana w te same ozdoby to już nie to samo, sernik i makowiec - cium cium, pyszulka - tracą smak i nie cieszy nawet fakt, że potrafi się już samodzielnie zrobic moczkę. Niby jest tak samo magicznie, niby wszystko jest jak powinno być, a jednak czegoś brakuje. Albo kogoś.

Nie chodzi mi tu o pierwsze święta po śmierci jakiejś bliskiej osoby, która zawsze siedziała z nami w Wigilię przy stole, choć niewątpliwie jest to, że jej brakuje, potwornie smutne, ale nie mam podstaw, żeby się na ten temat wypowiadać, bo czegoś takiego jeszcze szczęśliwie nie doświadczyłam. Chodzi mi o brak zupełnie innego rodzaju.

Ja takiego braku doświadczyłam w Boże Narodzenie 2008 roku. Kiedy, mimo tego, ze wszystko było jak zawsze, okazało się, że to już nie jest tak jak powinno być.

Bo Wigilię powinno się spędzać z najbliższymi, a osoba mi najbliższa była zupełnie gdzie indziej niż ja. I tak to się okazało... Bo niczym była poprzednia Wigilia, ta bez faceta, z którym byłam wcześniej - ot po prostu, zobaczymy się po świętach. Bo niczym były Wigilie bez faceta, którego przez trzy lata tępiłam, żeby nie zauważył, że mi na nim zależy - naturalna kolej rzeczy, każdy ma swoją rodzinę. A w 2008 roku okazało się, że to nie moi rodzice są moją najbliższą rodziną.

Z całego tego dnia pamiętam tylko jedną jedyną chwilę, kiedy stałam w ciemnym salonie w mieszkaniu moich rodziców, oparta o parapet, patrzyłam za okno i rozmawiałam przez telefon z moim ówczesnym chłopakiem, a nawet nieoficjalnym narzeczonym, a teraźniejszym mężem.

Nadchodzą takie święta, po których już sie wie, nawet jesli nie wiedziało się wcześniej. Albo upewnia się, jeśli już wcześniej się wiedziało. I wtedy okazuje się, że miłość tak naprawdę sprowadza się do wspólnego obierania ziemniaków na sałatkę jarzynową. I jest sie w stanie nawet wyjechać za granicę, byle tylko w kolejne Boże Narodzenie obierać te ziemniaki razem.

Już mnie tu aż do 26 grudnia (conajmniej) nie zobaczycie, więc chcę Wam życzyć radości. I żeby wszyscy, z którymi chcecie usiąść przy stole po prostu z wami byli.

środa, 17 grudnia 2014

Nowy członek rodziny

Serii Mamoko nikomu nie trzeba przedstawiać. My Miasteczko, Dawno temu..., 3000, a także litery i liczby mamy i kochamy od dawna.


Ale nie wiem czy dotarła już do was szczęśliwa nowina o powiększeniu rodziny? Mamoko ma nowe dziecko:


I to nowe dziecko w poniedziałek dołączyło do naszej mamokowej rodziny:


Mam oko na miasteczko to 25 dwustronnych kart:


... z których każda przedstwia inne, bardzo ważne miejsce. Jest biblioteka, park, basen, domy mieszkalne, posterunek policji, lotnisko czy szpital, ale też na przykład wybieg dla psów, elektrownia słoneczna, nawiedzony dom albo - ulubiona karta Wojtusia - pożar.



Na wszystkich kartach drogi narysowane są tak, żeby łączyły się, kiedy układamy jedną kartę obok drugiej.

Pierwsza odsłonę Miasteczko miało od razu po wyjęciu z paczki z Polski, ale niestety półtoraroczna dziewczynka jest odrobinę za mała, żeby się nim bawić. Dlatego dziś, kiedy Lusia zasnęła w drodze z przedszkola, szybko skorzystaliśmy z Wojtkiem z okazji.

Najpierw było oglądanie:



Potem układanie:



A jak już miasto było gotowe - zaczęła się prawdziwa zabawa! Świetnie do mamokowych dróg pasują małe samochodziki:




W miarę upływu czasu - rozkręcaliśmy się. I na przykład gasiliśmy pożar, przy pomocy wozu strażackiego, który wcześniej grzecznie stał zaparkowany w remizie:



Kiedy Lusia wstała - niestety w złym humorze - a ja poszłam się nią zająć, Wojtek jeszcze dłuższy czas bawił się sam, zatrudniając dodatkowo policję i karetkę.

Nowe dziecko Mamoko uważam za udane - choć w sumie mogliby zrobić jakieś zaczepy między kartami, coś w rodzaju jednoszablonowych puzzli, bo strasznie się ulice rozjeżdżają jak się po nich jeździ. No ale wtedy byłoby mniej możliwości układania. Tak czy siak - jeśli się zastanawiacie czy warto - warto!

Ten wpis powstał w ramach projektu Przygody z ksiażką:



wtorek, 16 grudnia 2014

Dzidziusiowo i świątecznie

Strasznie ciężko po długiej przerwie w blogowaniu wrócić w tryby... Ale szczesliwie dzieci dostarczają mi materiału:

I.
Lusia od babci dostała pod choinkę lalkę, która mówi i płacze - normalnie hit sezonu. Aktuanie Wojtek z nią śpi. Rozmowa toczy się w łóżku, przed spaniem.
Wojtek: Ty jesteś mummy, tata jest daddy, ja jestem brother, Lusia jest sister, a to jest nasze baby!
Mil: A wiesz, że Artur będzie miał prawdziwego dzidziusia? Siostrzyczkę albo braciszka?
Wojtek: Takie baby?
Mil: No, ciocia Ewelina ma dzidziusia w brzuszku.
Wojtek: Ale umer!

II.
Wojtek: Ja kocham świętego Mikołaja.
Mil: Tak? A co byś chciał od niego dostać?
Wojtek: Dwa auta. Jedno niebieskie, a drugie czerwone. Niebieskie dla Dziadka, a czerwone dla Tatusia.

III.
Mil: Żuru, musimy się zastanowić co chcemy jeść w święta.
Lusia: Siśko!
Mil: Co, córeczko?
Lusia: Siśko! Jeść siśko!

Prócz tego to u mnie w tym roku mało świątecznie. No powiedzmy sobie szczerze - jestem z tymi świętami w lesie. I to nie po choinkę! Jesteśmy w lesie rodzinnie, moja Siostra mówi, że u niej w tym roku święta odbędą się w obrządku prawosławnym, może na siódmego stycznia zdąży. A nam jeszcze do tego umarł piekarnik i tylko mam nadzieję, ze właściciel mieszkania zdąży wymienić go przed Bożym Narodzeniem...

Ale - powiesiłam sobie dziś światełka, żeby mieć choć trochę światecznie:






Jak ktoś bardziej spostrzegawczy to może zobaczyć, ze w moim salonie znów mieszkają maki :) A to za sprawą krzesła do biurka, które kupowałam na ebayu używane, z myślą o tym, że trzeba będzie zmienić obicie na takie, żeby pasowało mi do makowej sypialni. Na zdjęciu wyglądało na szaro-czarno-różowe, więc nijak nie trafiało w mój gust kolorystyczny. Ale jak przyjechało to się okazało, że szare tak naprawdę jest białe, a różowe - pomarańczowe, a do tego jeszcze całość w świetnym stanie więc postanowiłam zamienić znów dodatki z salonu i sypialni, żeby obicia już nie zmieniać. Tym sposobem dołożyłam sobie sprzatania przed świętami, ale i tak trzeba posprzątać i tak, więc co za różnica?

czwartek, 11 grudnia 2014

Wielki powrót do projektu

Przez ostatnie tygodnie nie miałam w zasadzie czasu na nic... Również z tej przyczyny opuściła dwie poprzednie książkowe środy, związane z projektem Przygody z Ksiażką.

Powoli wracam do żywych (albo raczej do wirtualnych) i dziś udało mi się napisać projektowy post. Ale ponieważ jest to post wyjątkowy, bo przedswiąteczny, o absolutnie wyjątkowych książkach to zabraszam Was w wyjątkowe (mam nadzieję, że również tak stwierdzicie :D) miejsce, czyli na mojego drugiego bloga:

http://malykosciol.blogspot.co.uk/2014/12/wyjatkowe-ksiazki-nie-tylko-na.html